Händlowskie opery bez słów

Znów nam się wrażenia piętrzą. Za chwilę recenzja z praskiego przedstawienia Dydony i Eneasza Purcella, później zaś relacja z apulijskiego Bari i pierwszej od lat inscenizacji La Cecchina Niccolò Piccinniego – a tymczasem wracamy do bożonarodzeniowej odsłony Actus Humanus i koncertu 12 grudnia ubiegłego roku, w Ratuszu Głównego Miasta, z udziałem zespołu Régence sonore i flecisty Radosława Orawskiego.

***

Gdyby porównać kariery dwóch rówieśników, Johanna Sebastiana Bacha i Georga Friedricha Händla, ten drugi okaże się prawdziwym dzieckiem szczęścia. Kiedy dwudziestoletni Bach próbował bezskutecznie dojść do ładu ze swoimi przełożonymi w Neue Kirche w Arnstadt, Händel świętował już pierwsze sukcesy kompozytorskie w hamburskiej Oper am Gänsemarkt. W 1710 roku, natychmiast po powrocie z długiej, niezwykle owocnej podróży do Włoch, został kapelmistrzem na dworze elektora Hanoweru. Pięćdziesięcioletni Jerzy Ludwik już wtedy przeczuwał, że chcąc nie chcąc zostanie władcą Zjednoczonego Królestwa Brytyjskiego. W roku 1701 parlament angielski uchwalił tak zwany Act of Settlement, przenoszący prawo do sukcesji z dynastii Stuartów na dynastię hanowerską – przede wszystkim po to, by odsunąć od tronu katolików i zapobiec dalszym nadużyciom władzy monarszej. Elektorowi nie uśmiechało się jednak królowanie na wietrznej i deszczowej wyspie. Sercem pozostał na zawsze przy swoich niemieckich posiadłościach, angielskiego nie znał i nie zamierzał się uczyć – mimo że po kądzieli był prawnukiem Jakuba I Stuarta – z usposobienia był raczej samotnikiem i na dworze wolał grać w karty bądź wdawać się w pogawędki z najtęższymi umysłami epoki i elitą ówczesnych środowisk artystycznych niż uczestniczyć w dworskich przyjęciach i balach.

Do Händla miał wyraźną słabość. Zapewnił mu hojne wynagrodzenie i całkowitą swobodę muzycznych podróży – w dowolnych terminach, na czas nieokreślony i dokąd tylko kapelmistrz sobie zażyczył. Młody muzyk skorzystał z tego przywileju już po kilku miesiącach służby na dworze i ruszył do Anglii – być może wychodząc z założenia, że Jerzy Ludwik prędzej czy później i tak wyląduje na Wyspach Brytyjskich. Wkrótce po tryumfie Rinalda, opery skomponowanej w 1711 roku na scenę Queen’s Theatre w Londynie, dał się namówić do współpracy z londyńską oficyną Johna Walsha, jednego z najbardziej obrotnych wydawców muzycznych w całej Europie. Zgodził się przekazać mu prawa na wyłączność druku Rinalda i ani się obejrzał, jak Walsh zarobił na tym interesie zawrotną sumę półtora tysiąca funtów szterlingów. Händel trochę się obruszył, ale szybko zapomniał o sprawie. Pierwszą i bynajmniej nie ostatnią walkę o poszanowanie praw autorskich i dostęp do należnych mu z tego tytułu korzyści finansowych oddał niejako walkowerem, skupiając się przede wszystkim na budowaniu własnej pozycji i prestiżu.

Na szczęście nie musiał się martwić ani o pieniądze, ani o wolność twórczą. Po zakończeniu londyńskiego sezonu operowego zjechał wprawdzie do Hanoweru, ale znów zaledwie na kilka miesięcy. Nie dość, że wrócił do Anglii, to jeszcze postanowił osiąść na stałe w Londynie, wystawiając cierpliwość Jerzego Ludwika na doprawdy ciężką próbę. Odą na urodziny Królowej Anny wkupił się w łaski schorowanej władczyni, która zamówiła u niego następne utwory i przyznała mu hojną dożywotnią pensję w wysokości dwustu funtów rocznie. Kariera Händla rozwijała się błyskawicznie, także za sprawą nowych znajomości, które dzięki ogładzie, doskonałej prezencji i nieodpartemu urokowi osobistemu zawierał bez najmniejszego trudu. Udało mu się też udobruchać zawiedzionego patrona, który po śmierci Anny Stuart w czerwcu 1714 roku został uznany królem Wielkiej Brytanii i kilka miesięcy później, po koronacji w Opactwie Westminsterskim, wstąpił na tron jako Jerzy I Hanowerski.

Młody Händel na zaginionej miniaturze Christopha Platzera, ok. 1710

Na przełomie lat dwudziestych i trzydziestych sława kompozytora sięgnęła zenitu, a jego utwory cieszyły się taką popularnością, że ich pirackie, często rojące się od błędów kopie zaczęto publikować w oficynach rozsianych po całej Europie. Około 1730 roku ukazał się pierwszy zbiór jego sonat triowych, zatytułowany VI SONATES á deux Violons, deux hautbois ou deux Flutes traversieres & Basse Continue Composées Par G. F. Handel SECOND OUVRAGE. Daty wydania nie podano; druk wyszedł rzekomo spod prasy Jeanne Roger w Amsterdamie. Zdaniem współczesnych muzykologów była to jednak szyta dość grubymi nićmi prowokacja Johna Walsha lub jego syna Johna Walsha juniora. Zbiór opublikowano najprawdopodobniej w londyńskiej oficynie, być może po to, by niechlujstwem edycji zwrócić uwagę samego autora i wykorzystać jego interwencję jako asumpt do wydania wersji „poprawionej”, również niedatowanej, ale wypuszczonej na rynek zapewne w 1733 roku.

Jeśli przyjąć tę hipotezę, oficyna Walshów zarobiła na zbiorze podwójnie, a Händel znów machnął ręką na nieuczciwe praktyki wydawcy, zdając sobie sprawę, że sukces rynkowy publikacji wyjdzie mu tylko na dobre. Sonata triowa – gatunek przeznaczony na dwa instrumenty melodyczne i basso continuo, wykształcony we Włoszech jako instrumentalna adaptacja trzygłosowej faktury wokalnej i spopularyzowany za sprawą twórczości Corellego – uchodziła wówczas za idealną muzykę dla ambitnych amatorów, szukających kompozycji efektownych, a zarazem niezbyt skomplikowanych pod względem formalnym. Utwory z op. 2, włączone do zbioru zapewne przez Walsha młodszego, bez porozumienia z kompozytorem, mają w większości postać typowej, czteroczęściowej sonaty da chiesa, złożonej z członów na przemian wolnych i szybkich. Jedynym wyjątkiem jest pięcioczęściowa Sonata F-dur HWV 389, skomponowana w schemacie Larghetto-Allegro-Adagio-Allegro-Allegro.

Jerzy I Hanowerski. Portret pędzla Godfreya Knellera, ok. 1714.

Nuty Händlowskich sonat rozchodziły się jak świeże bułeczki. Amatorzy domowego muzykowania zachwycali się nie tylko przejrzystą, corelliańską strukturą tych krótkich utworów, lecz także zasugerowaną przez Walsha obsadą (nie zawsze zgodną z intencjami kompozytora), w której dwoje skrzypiec można było zastąpić fletami bądź obojami. Rozpoznawali w poszczególnych częściach znajome skądinąd melodie: odniesienia do arii „Crede l’uom ch’egli riposi” z oratorium Il Trionfo del Tempo e del Disinganno w sonacie HWV 386b, aluzje do Esther, pierwszego angielskiego oratorium Händla w sonacie HWV 388, arię „Ah crudel il pianto mio” z ukochanego Rinalda w pierwszej części sonaty HWV 390. Wbrew powszechnemu mniemaniu większość zawartych w zbiorze sonat pochodzi już z angielskiego okresu w karierze kompozytora, najprawdopodobniej z lat 1717-18, kiedy Händel rezydował na dworze Jamesa Brydgesa, pierwszego księcia Chandos, w nowo wybudowanym pałacu Cannons w hrabstwie Middlesex. Niemniej sonata HWV 387, opatrzona w druku komentarzem Charlesa Jennensa, przyjaciela Händla i późniejszego librecisty Mesjasza („Compos’d at the Age of 14”), istotnie mogła powstać w roku 1699, kiedy nastolatek pobierał jeszcze nauki u Friedricha Wilhelma Zachowa, organisty kościoła mariackiego w Halle. Z kolei sonata HWV 391 pochodzi najprawdopodobniej z okresu włoskich doświadczeń twórcy.

Strona tytułowa pierwszego zbioru sonat triowych Händla

Włoskie z ducha są zresztą wszystkie kompozycje z tego zbioru. Można ich było słuchać jak krótkich oper bez słów, można było je grać, podkładając pod śpiewne linie melodyczne dowolnie zmyślone libretta. Dziś można na ich przykładzie prześledzić ścieżki Händlowskich inspiracji i autocytatów – na przykład wędrówkę arii Nerona z hamburskiej opery Octavia, którą kompozytor „pożyczył” sobie od Reinharda Keisera, by wykorzystać ją we wspomnianej już arii Disinganno z Il Trionfo, później w cavatinie Ottona z Agripinny, by w końcu zaśpiewać ją w Largo z pierwszej sonaty w zbiorze Walsha. I przestać się dziwić, dlaczego Il caro Sassone niechętnie walczył o prawa autorskie do swoich utworów.

Flight Into Egypt

It sometimes happens that a future opera critic becomes acquainted with a work from a wholly unexpected angle. That is precisely what occurred with me – a sickly child who killed time spent at home by listening to records from her parents’ collection. No one selected this music for me. My attention was drawn to the 7 inch vinyl with orchestral excerpts from Aida primarily by the intriguing cover and no less intriguing description, in a completely incomprehensible language. Many years passed before I realised that recorded on that disc was a 1959 performance by the Budapest Philharmonic Orchestra conducted by Miklós Erdélyi, who was then associated with the Hungarian State Opera. Thus my acquaintance with Verdi’s Aida began with the overture and three ballet extracts from the second act – in a surprisingly subtle interpretation, shimmering with the softness of the quasi-oriental orchestral textures.

Soon after, I encountered my first Aida at the Teatr Wielki in Warsaw. Again in unusual circumstances – from the wings. Jan Marcin Szancer’s huge sets could not be housed in any of the store rooms, so they were kept in the side-stages. The statue of the pharaoh, several storeys high, was passed by participants in all the Warsaw productions, from Bizet’s Carmen to Wagner’s Tannhäuser. The children of the chorus were dumbstruck with awe. The soloists, meanwhile, experienced growing irritation at the fact that the stage designers were producing creations which, instead of helping the singers, only hindered them in their struggles with the unfriendly acoustics of what was one of the biggest theatres in the world.

Since the time of that production, which was premiered exactly sixty years ago, the Warsaw Opera has tackled Aida just twice. Each time without success. Progressive elements tore their hair out, while the conservative Józef Kański summed up Marek Grzesiński’s 1986 production with the quip ‘And what? And nothing!’ and furnished Robert Lagana Manoli’s concept, from nineteen years later, with the telling title ‘The trumpets sounded beautiful…’

As the years passed, I too became discouraged about Aida, particularly since the greatest titans of music theatre had sought a key to interpreting this masterwork – compared to Verdi’s earlier experiments, an opera almost classical in form, composed to a conventional and exceptionally clear libretto based on a drama of duty – in vain. Some fruitlessly tried to settle scores with nineteenth-century colonialism, some set the narrative in the realities of contemporary conflicts, while others removed Aida from all context, producing incohesive spectacles in motley costumes.

Photo: Marek Olbrzymek

Hence I decided to reignite my old love for Verdi’s Egyptian opera at the Janáčkovo divadlo, which for several seasons now has been for me a haven of good theatre: pared back, clean of form, employing metaphorical signs, allusions and mental shortcuts. And at the same time meeting the expectations of the local audience – as a tool for building a community and a space for reflection and dialogue. And only now has it dawned on me that the vision of operatic theatre realised in the building on Rooseveltova Street is so close to my heart because it is a modernist vision, perfectly at one with the atmosphere of Brno.

I think we still don’t really appreciate the modernistic potential of the Moravian capital – a city whose history was entangled for almost half a century with the fortunes of Bohuslav Fuchs, an urban planner, designer and architecture theorist who raised several generations of Czech architects. His legendary buildings – including the Avion Hotel, squeezed into a narrow, eight-metre-wide plot between two houses on Česka Street – proved to be the perfect example of a modernist game with resistant matter and space. Fuchs brought to Brno a host of visionaries from Czechoslovakia and designers from abroad, among them Ludwig Mies van der Rohe, who created the plans for the functionalist Villa Tugendhat. It was thanks to Fuchs that Brno became one of the most important centres for modernism in Europe; also because, unlike other cities, it did not have to rise from the ruins after the war. It etched its name in the history books not just as a herald, but also as a continuator of the ‘new tradition’: unsullied, unbroken, distinctly reflected in architectural thought, design, literature, everyday life and, last but not least, opera.

The new production of Aida, premiered in September last year, is not perhaps an outstanding spectacle, but it was certainly conceived in such a way as to hold its place in the repertoire of the Janáčkovo divadlo for many seasons. Marek Cpil, a graduate of the JAMU in Brno, associated for a while with the Divadlo Na zábradlí in Prague, designed sets which – in my opinion – would have been greeted just as favourably in Moravia a hundred years ago as they were received at the end of the first quarter-century of the new millennium: minimalistic, highly geometricised, in a palette of gold, red, black and blue, referring to the Egypt from the common preconceptions of audiences and perfectly highlighted by the lighting designer Přemysl Janda. Aptly corresponding to Cpil’s vision were the costumes designed by Linda Boráros, distinctly emphasising the contrast between the colourful presence of the Nubians and the hieratical convention in the way the Egyptians are depicted, reflecting the ancient power structures and social divisions (taken to the brink of caricature in the costume of the Pharaoh, the only truly monumental element of the staging – in the form of a towering construction, rolled onto the stage, sparkling with golden scales, out of which emerges only the head of the singer). Director Magdalena Švecová coupled that scenery with quite static action, inspired by symbolic gestures, poses and patterns of robes from Egyptian painting. More energy was breathed into the production by choreographer Marek Svobodnik, who enlivened the temple frescos and bas-reliefs in the ballet scenes with the participation of dancers from the NdB2 junior ballet company.

Photo: Marek Olbrzymek

I caught the last December performances, in which the titular role of Aida – as in the premiere – was incarnated by a former resident of the Janáčkovo divadlo, the Hungarian Csilla Boross. As usual, her voice took a long time to warm up: her supple, rich soprano, at first not open enough in the top part of the scale, only showed its full quality in Act III, in a remarkably subtle rendering of the aria ‘O patria mia’, the warm lyricism of which was ideally counterbalanced later by the final duet of the protagonists. This time, the role of Radames was taken by Eduard Martyniuk, a Ukrainian tenor endowed with a voice of exceptional beauty, backed by fine bel canto technique – unfortunately, too light for this part, and consequently more and more forced as the narrative unfolded. Happily, I could at least relish his gentle cantilena, led in ‘old-fashioned’ style, in ‘Celeste Aida’.

Anastasia Martyniuk fared much better as Amneris. Her rich mezzo-soprano, a riot of colours, is ideally suited to this part: beautifully open at the top, balanced across the registers, thanks to her intelligence and musicality, convincingly split between anger and despair, which the young Ukrainian underscored with very good acting. Paling in comparison was the Slovakian baritone Aleš Jenis (Amonasro), blessed with a voice of interesting timbre, but not particularly sonorous and essentially devoid of expression. The role of the Pharaoh was successfully filled by Jan Šťáva, one of the pillars of the Brno theatre, boasting a typically ‘Czech’ bass with a wonderful bottom range and beautifully nurtured middle. The remaining parts were well within the capabilities of Daniela Straková (High Priestess), Jan Hnyk (Ramfis) and Petr Levíček (Messenger). The choruses – children’s and mixed – also came across quite well, under the direction of Martin Buchta, though at times they lacked energy and fullness of sound.

Photo: Marek Olbrzymek

Quite phenomenal, meanwhile, was the sound of the orchestra, under the baton of Jakub Klecker, who once again demonstrated how much a choirmaster’s experience can bring to the role of an opera conductor. He directed throughout with a sensitive hand, meticulously differentiating the shades of the instruments (especially the strings), taking care to ensure a lyrical quality to the cantilenas, beautiful harmonic details and the specific exoticism of Verdi’s score. He forged an interpretation that was surprisingly intimate, far from the monumentalism and pathos that have effectively turned many a music lover away from Aida.

In Brno, even the trumpets sounded beautiful. And contrary to the review of my former master, there is not a hint of irony in that assertion. For the needs of this production, the Janáčkovo divadlo brought in a set of ‘trombe egiziane’, designed by Verdi specially to perform the triumphal march in the second act. The trumpets were displayed to the audience before the premiere, on the square in front of the theatre. They will certainly serve for many a year. I anticipate that the new Brno Aida – modest, imperfect, quite simply human – will not depart the scene any time soon. It is through such shows that children acquire a love of opera. To such shows they return when they’re old. That is how a theatre community is built.

Translated by: John Comber

Ucieczka do Egiptu

Czasem się zdarza, że przyszły krytyk operowy pozna dzieło od całkiem niespodziewanej strony. Tak właśnie stało się ze mną, chorowitym dzieckiem, które zabijało czas spędzany w domu słuchaniem płyt z kolekcji rodziców. Nikt mi tych nagrań nie dobierał. Na siedmiocalowy krążek z fragmentami orkiestrowymi z Aidy zwróciłam uwagę przede wszystkim ze względu na intrygującą okładkę i nie mniej intrygujący opis w całkiem niezrozumiałym języku. Minęło wiele lat, zanim się zorientowałam, że na płycie zarejestrowano nagrania z 1959 roku, w wykonaniu Filharmoników Budapeszteńskich pod batutą Miklósa Erdélyiego, związanego z Węgierską Operą Państwową. Znajomość z Verdiowską Aidą zaczęłam więc od uwertury i trzech fragmentów baletowych z II aktu – w interpretacji zaskakująco subtelnej, olśniewającej zmysłową miękkością orientalizujących faktur orkiestrowych.

Niedługo później poznałam pierwszą Aidę w odbudowanym po wojnie Teatrze Wielkim w Warszawie. Znów w niecodziennych okolicznościach, albowiem od kulis. Potężne dekoracje Jana Marcina Szancera nie mieściły się w żadnym magazynie, w związku z czym przechowywano je w kieszeniach sceny. Wznoszący się na wysokość kilku pięter posąg faraona mijali uczestnicy wszystkich warszawskich produkcji, począwszy od Carmen Bizeta, kończąc na Wagnerowskim Tannhäuserze. W dziecięcych chórzystach wzbudzał niemy podziw. W gronie solistów – rosnącą irytację, że scenografowie tworzą projekty, które zamiast pomagać śpiewakom, tylko utrudniają ich zmagania z nieprzyjazną akustyką jednego z najobszerniejszych teatrów na świecie.

Od czasu tamtej inscenizacji, która miała premierę dokładnie sześćdziesiąt lat temu, opera warszawska porwała się na Aidę zaledwie dwa razy. Za każdym razem bez sukcesu. Postępowcy rwali włosy z głów, konserwatysta Józef Kański skwitował produkcję Marka Grzesińskiego z 1986 roku stwierdzeniem „I co? I nic!”, a recenzję z późniejszej o lat dziewiętnaście koncepcji Roberta Lagany Manoliego opatrzył wymownym tytułem Trąby brzmiały pięknie…

Fot. Marek Olbrzymek

Z biegiem lat i ja straciłam serce do Aidy, zwłaszcza że klucza do interpretacji tego arcydzieła – w porównaniu z wcześniejszymi eksperymentami Verdiego opery niemal klasycznej w formie, skomponowanej do konwencjonalnego i wyjątkowo klarownego libretta, którego osią jest dramat powinności – na próżno szukali najwięksi tytani teatru muzycznego. Jedni bezskutecznie próbowali dokonać rozrachunku z XIX-wiecznym kolonializmem, drudzy osadzali narrację w realiach współczesnych konfliktów, jeszcze inni wyrywali Aidę z jakiegokolwiek kontekstu, tworząc niespójne widowiska w pstrokatych kostiumach.

Dlatego postanowiłam wskrzesić swą dawną miłość do egipskiej opery Verdiego właśnie w Janáčkovym divadle, które od kilku sezonów jest dla mnie ostoją dobrego teatru: oszczędnego, czystego w formie, operującego metaforycznym znakiem, aluzją i skrótem myślowym. A zarazem wychodzącego naprzód oczekiwaniom miejscowej publiczności – jako narzędzie budowania wspólnoty oraz przestrzeń refleksji i dialogu. I dopiero teraz uświadomiłam sobie, że realizowana w gmachu przy Rooseveltovej wizja teatru operowego dlatego jest mi tak bliska, że jest wizją modernistyczną, doskonale spójną z klimatem Brna.

Myślę, że wciąż nie doceniamy modernistycznego potencjału stolicy Moraw – miasta, z którego historią na niemal pół wieku zrosły się losy Bohuslava Fuchsa, urbanisty, projektanta i teoretyka architektury,  wychowawcy kilku pokoleń czeskich architektów. Jego legendarne budowle – między innymi hotel Avion, wpasowany w wąziutką, ośmiometrowej szerokości parcelę między domami przy ulicy Českiej – okazały się modelowym przykładem modernistycznej gry z oporną materią i przestrzenią. Fuchs ściągnął do Brna plejadę wizjonerów z Czechosłowacji oraz projektantów z zagranicy, między innymi Ludwiga Miesa van der Rohe, twórcę awangardowej willi Tugendhatów. To dzięki Fuchsowi Brno pozostało jednym z najważniejszych ośrodków modernizmu w Europie: również dlatego, że w przeciwieństwie do innych miast nie musiało po wojnie podnosić się z ruin. Przeszło do historii nie tylko jako herold, ale i kontynuator „nowej tradycji”: nieskażonej, nieprzerwanej, znajdującej wyraziste odbicie zarówno w myśli architektonicznej, jak i wzornictwie, literaturze, życiu codziennym i last but not least – w operze.

Fot. Marek Olbrzymek

Nowa inscenizacja Aidy, której premiera odbyła się we wrześniu ubiegłego roku, nie jest może spektaklem wybitnym, ale z pewnością tak pomyślanym, by utrzymać się w repertuarze Janáčkovego divadla przez wiele sezonów. Marek Cpil, absolwent JAMU w Brnie, przez pewien czas związany z praskim Divadlem Na zábradlí, zaprojektował scenografię, którą – jak sądzę – równie przychylnie powitano by na Morawach przed stu laty, jak przyjęto ją u schyłku pierwszego ćwierćwiecza nowego tysiąclecia: minimalistyczną, skrajnie zgeometryzowaną, utrzymaną w odcieniach złota, czerwieni, czerni i błękitu, nawiązujących do Egiptu z potocznych wyobrażeń widzów i doskonale uwypuklonych przez reżysera świateł Přemysla Jandę. Z wizją Cpila celnie korespondowały kostiumy Lindy Boráros, wyraziście podkreślające kontrast między barwną obcością Nubijczyków a hieratyczną konwencją sposobu przedstawiania Egipcjan, odzwierciedlającą zamierzchły porządek władzy i podziałów społecznych (doprowadzoną na skraj karykatury w kostiumie Faraona, jedynym prawdziwie monumentalnym elemencie inscenizacji – w postaci strzelistej, wtaczanej na scenę konstrukcji, pobłyskującej złocistymi łuskami, z których wyłania się tylko głowa śpiewaka). Reżyserka Magdalena Švecová uzupełniła tę scenerię dość statyczną akcją, inspirowaną symbolicznymi gestami, pozami i schematycznym układem szat z malarstwa egipskiego. Więcej energii tchnął w przedstawienie choreograf Marek Svobodnik, ożywiając świątynne freski i płaskorzeźby w scenach baletowych z udziałem młodych tancerzy z zespołu NdB 2.

Dotarłam na ostatnie z przedstawień grudniowych, w którym w tytułową postać Aidy – podobnie jak na premierze – wcieliła się dawna rezydentka Janáčkovego divadla, Węgierka Csilla Boross. Jak zwykle rozśpiewywała się długo: jej giętki i bogaty sopran, z początku nie dość otwarty w górnym odcinku skali, ukazał pełnię walorów dopiero w III akcie, w niezwykle subtelnie zinterpretowanej arii „O patria mia”, której ciepły liryzm znalazł później idealną przeciwwagę w ekstatycznym, finałowym duecie protagonistów. W roli Radamesa wystąpił tym razem Eduard Martyniuk, ukraiński tenor obdarzony głosem wyjątkowej urody, podpartym świetną techniką belcantową – niestety, zbyt lekkim do tej partii, a co za tym idzie, coraz bardziej forsowanym w toku narracji. Na szczęście mogłam się przynajmniej nacieszyć jego łagodną, „staroświecko” prowadzoną kantyleną w „Celeste Aida”.

Znacznie lepiej spisała się Anastasia Martyniuk – prywatnie żona Eduarda – jako Amneris. Jej gęsty, roziskrzony barwami mezzosopran idealnie pasuje do tej partii: pięknie otwarty w górze, wyrównany w rejestrach, dzięki inteligencji i muzykalności śpiewaczki przekonująco rozdarty między gniewem a rozpaczą, co młoda Ukrainka dodatkowo podkreśliła bardzo dobrym aktorstwem. Na tym tle bladziej wypadł słowacki baryton Aleš Jenis (Amonasro), obdarzony głosem interesującym w barwie, ale niezbyt dźwięcznym i w gruncie rzeczy pozbawionym wyrazu. W rolę Faraona z powodzeniem wszedł Jan Šťáva, jeden z filarów brneńskiego teatru, dysponujący typowo „czeskim” basem ze wspaniałym dołem i pięknie rozwiniętą średnicą. Z pozostałymi partiami bez większych trudności poradzili sobie Daniela Straková (Kapłanka), Jan Hnyk (Ramfis) i Petr Levíček (Posłaniec). Nieźle zaprezentowały się też chóry – dziecięcy i mieszany – pod dyrekcją Martina Buchty, choć czasem nie dostawało im energii i pełni brzmienia.

Fot. Marek Olbrzymek

Fenomenalnie za to brzmiała orkiestra pod batutą Jakuba Kleckera, który po raz kolejny udowodnił, jak bardzo doświadczenie chórmistrzowskie przydaje się dyrygentowi w operze. Poprowadził całość czułą ręką, pieczołowicie różnicując odcienie instrumentalne (zwłaszcza w smyczkach), dbając o liryzm kantylen, o piękno detali harmonicznych i specyficzną egzotykę Verdiowskiej partytury. Stworzył interpretację zaskakująco intymną, daleką od monumentalizmu i patosu, które niejednego melomana skutecznie zniechęciły do obcowania z Aidą.

W Brnie nawet trąby brzmiały pięknie. I w przeciwieństwie do recenzji mojego dawnego mistrza nie ma w tym stwierdzeniu żadnej ironii. Janáčkovo divadlo dla potrzeb tej produkcji sprowadziło zestaw „trombe egiziane”, zaprojektowanych przez Verdiego specjalnie do wykonania marszu triumfalnego w II akcie. Trąbki przedstawiono publiczności jeszcze przed premierą, na placu przed teatrem. Z pewnością posłużą długie lata. Przypuszczam, że nowa brneńska Aida – skromna, niedoskonała, po prostu ludzka – nieprędko zejdzie ze sceny. Na takich spektaklach dzieci uczą się miłości do opery. Do takich przedstawień powracają na starość. Tak się buduje teatralną wspólnotę.

Wynalazki Dominiczka

Wygląda na to, że recenzji z przedstawień i relacji z festiwali organizowanych w najrozmaitszych zakątkach Europy będzie w tym roku jeszcze więcej niż w poprzednim. Za kilka dni impresje z nowej inscenizacji Aidy w Janáčkovym divadle w Brnie, a tymczasem wspomnienie z całkiem niedawno zakończonego Actus Humanus Nativitas – na marginesie recitalu wiolonczelowego Moniki Hartmann, 11 grudnia w gdańskim Ratuszu Głównego Miasta.

***

Goethe ruszył w swą podróż włoską znacznie później niż ówcześni młodzi arystokraci, wysyłani do Italii po nauki i ogładę, kiedy jeszcze mieli mleko pod wąsem, z reguły w towarzystwie krewnego bądź opiekuna. W 1786 roku Goethe dobiegał czterdziestki, od dawna był tajnym radcą Karola Augusta, księcia Saksonii-Weimaru, i odgrywał niebagatelną, choć nieraz tajemniczą rolę w administracji tego państewka. Władcy tak bardzo zależało, by mieć go u siebie na dworze, że jedenaście lat wcześniej udaremnił mu pierwszą wyprawę do Włoch. Być może z czasem ruszyło go sumienie: nie dość, że puścił faworyta w świat, to jeszcze zagwarantował mu stałą miesięczną pensję w dotychczasowej wysokości. Wiedzy, zaszczytów i pieniędzy Goethemu nie brakowało. Potrzebował tylko wolności od ciążących na nim zobowiązań. Wsiadł w dyliżans na początku września, pod osłoną nocy, niemalże chyłkiem, żeby nikt nie zawrócił go z drogi. Półtora miesiąca później dotarł do Bolonii.

Spędził tam zaledwie trzy dni. Żwawy przewodnik przegonił go po mieście w takim tempie, że Goethemu wszystko się pomieszało, do czego zresztą uczciwie się przyznał w swoich zapiskach. O bazylice świętego Petroniusza – której rozbudowę kazał ponoć wstrzymać papież Pius IV, obawiając się, że kościół przerośnie rzymską bazylikę świętego Piotra – nawet słowem nie wspomniał. Odetchnął dopiero na szczycie jednej z bolońskich wież, zapewne Torre degli Asinelli. „Na północy góry paduańskie, a dalej Alpy szwajcarskie, tyrolskie i friulijskie, cały północny łańcuch górski tym razem spowity mgłą. Na zachodzie widnokrąg bezkresny, poprzecinany jedynie wieżami Modeny. Na wschodzie taka sama równina, ciągnąca się po Adriatyk, który można zobaczyć przy wschodzie słońca. Na południu podnóża Apeninów po same szczyty pokryte roślinnością, oblepione kościołami, pałacami i willami, zupełnie jak wzgórza Vicenzy. Niebo czyste, bez jednej chmurki, tylko nad horyzontem jakaś mgiełka [fragment Podróży włoskiej w przekładzie Henryka Krzeczkowskiego]”. Prawie wszystko, co Goethe zapamiętał z Bolonii, nie było Bolonią. Krzywą wieżę uznał za „po prostu brzydką”.

Wieże Asinellich i Garisendich w Bolonii. Akwarela Jakoba Alta, ok. 1836. W zbiorach wiedeńskiej Albertiny

Domenico Gabrielli, rodowity bolończyk, nie żył już wtedy od prawie stu lat. Być może Goethe nawet nie wiedział o jego istnieniu, podobnie jak o dziesiątkach innych działających w mieście muzyków barokowych. W przeciwnym razie skreśliłby choć dwa słowa o bazylice przy Piazza Maggiore, która słynęła nie tylko z dwóch wspaniałych, do dziś zachowanych instrumentów organowych, lecz także ze świetnej cappelli, która w czasach Gabrielliego uchodziła za jedną z najlepszych w całej Italii. W chórze bazyliki przez pół wieku śpiewał Giuseppe Marsigli, wybitny tenor operowy i muzyk na dworze księcia Mantui. W Bolonii biło muzyczne serce ówczesnych Włoch. Tutaj działała Accademia dei Floridi, założona w 1615 roku przez Banchieriego w klasztorze San Michele in Bosco i przekształcona później w Accademia dei Filomusi, której członkami byli między innymi Claudio Monteverdi i Tarquinio Merula.

Gabrielli po nauki kompozycji pojechał do Giovanniego Legrenziego, kapelmistrza Accademia dello Spirito Santo w Ferrarze. Później studiował grę na wiolonczeli u swego rówieśnika Petronia Franceschiniego, pierwszego wiolonczelisty w Basilica di San Petronio. Przejął jego posadę w 1680 roku, po przedwczesnej śmierci przyjaciela w wielu niespełna czterdziestu lat. Już wcześniej został członkiem, potem zaś principe Accademia Filarmonica, która powstała w 1666 roku – głównie po to, by zrzeszyć najwybitniejszych przedstawicieli bolońskiego środowiska i wynieść miasto do rangi jednego z najprężniejszych ośrodków edukacji muzycznej w Europie.

Domniemany wizerunek Domenica Gabrielliego. Fragment obrazu nieznanego XVII-wiecznego malarza włoskiego

Mimo że Gabrielli robił wszystko, żeby zyskać renomę „poważnego” kompozytora, w Bolonii nazywano go zdrobniale Mingéin dal viulunzèl – czyli Dominiczek, albo celniej Domcio od wiolonczeli. A przecież tak się starał. Napisał kilkanaście oper, wystawianych z mniejszym lub większym powodzeniem nie tylko w rodzinnej Bolonii, ale też w Wenecji i Turynie. Komponował oratoria i muzykę kościelną. Prawdziwym wzięciem cieszył się wszakże jako wirtuoz wiolonczeli – do tego stopnia, że w pewnym momencie zwolniono go nawet dyscyplinarnie z zespołu bazyliki, bo zbyt długo zabawił na dworze Franciszka II d’Este, księcia Modeny i Reggio. Wrócił jednak do łask i w ostatniej dekadzie życia zajął się pilniej układaniem muzyki w pełni ukazującej walory tego instrumentu, między innymi sonat na wiolonczelę, teorbę i basso continuo.

Rok przed śmiercią, w 1689 roku, napisał siedem ricercarów, uchodzących za najwcześniejsze w historii przykłady kompozycji na wiolonczelę solo. Zapewne słusznie, bo odrobinę wcześniejszy Ricercate sopra il violoncello Giovanniego Battisty degli Antonii, starszego kolegi Gabrielliego z zespołu bazyliki, był wbrew pozorom przeznaczony na inny instrument. A pozory długo myliły zarówno instrumentoznawców, jak i muzyków reprezentujących nurt wykonawstwa historycznego. Choć rozmiary, kształt i strój wiolonczeli ustaliły się ostatecznie dopiero w XVIII wieku, wzmianki o basowym instrumencie z rodziny skrzypiec można znaleźć już w źródłach XVI-wiecznych. Pierwsze wiolonczele były jednak generalnie większe i bardziej pękate, liczba strun wahała się od trzech do pięciu, w Bolonii przez długi czas strojono ten instrument inaczej niż w innych ośrodkach europejskich, nawet we Włoszech.

Wczesne wiolonczele barokowe sprawdzały się idealnie w praktyce basso continuo i w realizacji najniższego głosu w kompozycjach na większe zespoły. Ich specyficzna konstrukcja – stosunkowo krótka podstrunnica, mniejszy kąt ustawienia szyjki względem korpusu, szersze rozstawienie strun oraz pokaźna grubość strun najniższych – utrudniała jednak, a czasem wręcz uniemożliwiała realizację wirtuozowskich przebiegów.

Bazylika świętego Petroniusza w Bolonii. Fot. Vanni Lazzari

I tym właśnie różnią się Ricercari Gabrielliego od ówczesnych kompozycji z uwzględnieniem wiolonczeli jako instrumentu towarzyszącego. Wymagają od wykonawcy grania zarówno energicznych przebiegów, jak i dwudźwięków oraz akordów. Na dodatek każdy z siedmiu ricercarów pozostawia artyście dość szeroką przestrzeń do improwizacji. Wszystko wskazuje, że w Bolonii narodziła się nie tylko muzyka na wiolonczelę solo, lecz także nowy typ instrumentu – nadal wyposażony w struny jelitowe, ale z najniższą owiniętą drutem z miedzi albo srebra, co pozwalało na szybsze przesuwanie po niej palcem.

Ricercate Giovanniego Battisty degli Antonii dało się wówczas zagrać na violoncello da spalla, znacznie mniejszej, czasem pięciostrunnej i opieranej przez muzyka o bark. Ricercari Gabrielliego to pierwsze w historii utwory na „prawdziwą” wiolonczelę solo. Wdzięczne i piękne, ale urodą nieoczywistą. Może Goethemu nie spodobałyby się tak samo, jak ceglana wieża, o której napisał z przekąsem, że „przy pomocy dobrej zaprawy murarskiej i żelaznej kotwy można wybudować największe dziwactwo”. Dziś Torre degli Asinelli jest symbolem miasta. Przyjdzie czas na uznanie dziwactw bolońskich mistrzów muzyki.

A Passion White as Death

Around the same time that Peter Sellars was working on his staging of the Matthew Passion at the Berlin Philharmonic – that is, in early 2010 – Romeo Castellucci, l’enfant terrible of Italian theatre, created one of the most provocative works of his entire career. The production Sul concetto di volto nel figlio di Dio, featuring a fragment of Antonello da Messina’s painting dominating the stage, an image of the Saviour of the World silently watching the agony of the ailing Father, went out into the world after its premiere at the Romaeuropa Festival labelled as the director’s profession of faith. It was admired in Rome, and provoked violent riots in Paris and Avignon. Less than six years later, when Sellars was already coming up with the first sketches for La clemenza di Tito at the Salzburger Festspiele, Castellucci decided on Matthäus-Passion for the opening of the Musikfest Hamburg. Had he been able to implement his original concept, this might have resulted in a production straight from the spirit of Sul concetto di volto. There were some technical obstacles, however: the production was planned in the vast Deichtorhallen, a former market hall without theatrical facilities that has been transformed into a museum of contemporary art. The idea of illustrating Bach’s work with a series of live images reminiscent of Italian Renaissance paintings was, therefore, replaced by Castellucci with a series of installations and performances bringing to mind loose, often disturbing associations with the passion of Jesus and forcing the spectators to engage in difficult reflections on the meaning of human suffering.

In 2016 the staging was received favourably, but without much enthusiasm. Castellucci all too soon came up against the legend of Sellars’ production, prompting comparisons all the more so given that Simon Rattle, who conducted the Berlin Passion, and Kent Nagano, who conducted the work in Hamburg – both well known to German audiences – represented radically different musical worlds. Sellar’s pared-down and yet emotionally charged concept was a perfect match for Rattle’s temperament and thus proved to be more accessible. Castellucci’s abstract theatre, using symbol and metaphor, worked perfectly with Nagano’s clear, slightly distanced interpretative style, requiring much more attention and concentration from the listener.

For nearly a decade the Hamburg Passion – although, in retrospect, it proved to be a landmark work in the Italian director’s oeuvre – was preserved only in the memories of audiences present at the three performances at Deichtorhallen and in a video recording that does not convey its many nuances. Over two years after the failed attempt to revive it in Rome, it finally arrived at the Teatro del Maggio Musicale in Florence with the same conductor and the same Evangelist (Ian Bostridge) – for two of the three scheduled performances, as the premiere coincided with a strike of the local trade unions.

Photo: Michele Monasta

Fortunately, I made it to the second and last performance to find out once against that Castellucci was, indeed, a provocateur, but by no means a scandalist. If he is, it is, as he himself repeatedly emphasised, in the New Testament sense of the word σκάνδαλον, the Greek equivalent of michshol, or “stumbling block” from the Book of Leviticus, an obstacle “you shall not put before the blind”. In the New Testament it is above all a “stone of offence”, a metaphor for going astray, inciting evil. Castellucci throws this stumbling block at our feet as if before the blind, transforms it into a silent cry to the deaf. He throws us off balance with a succession of seemingly inappropriate, iconoclastic associations the meaning of which either eludes us or reaches us when we least expect it.

The director leads the audience down the wrong path already at the very beginning of the performance, when white-clad Nagano steps onto the snow-white stage and washes his hands in a bowl brought in by two actors dressed in white. This is not a gesture of Pilate; this is a gesture of purity of heart, made by a priest who will soon descend into the orchestra pit to begin a ritual involving musicians in white costumes. Blinding white is a feature in many of Castellucci’s stagings, but in the Passion it is omnipresent and ambiguous: as a symbol of holiness and truth, but also of emptiness, loneliness and mourning. The director will stage nineteen memorable episodes in this white setting, in which every object, every substance, every tree, every person, and even their absence, will be treated conscientiously and with extraordinary tenderness by the athletes, police officers, doctors, lab technicians, cleaners and “ordinary” Florentines participating in the performance, and silently telling their own and other people’s stories. In the Judas’ betrayal episode they will use the real skull of a thief caught red-handed and killed by a shot to the head. They will take the last supper of a recently deceased patient out of a fridge, they will put sheets stained by the umbilical cord blood of a real newborn in a washing machine. In the Crucifixion scene a group of volunteers – children, young and old people – will attempt to hold the position of Jesus nailed to the cross by clinging with their hands to a suspended bar. No one will last more than a minute. The director will turn water into blood and vice versa, by alternately colouring and neutralising a solution of phenolphthalein in transparent tubes.

All these actions are meticulously described by Castellucci in a separate booklet accompanying the programme book. We stumble over them as if stumbling over stones even without his explanations. All aspects of the last days of Christ acquire a completely different dimension when linked to the ordinary experience of the beginning and end, pain and comfort, hope and despair. I will remember that “my” newborn baby (the director linked a different baby to each performance) is a girl called Anna, who has just turned one month. I will not forget that the fir tree cut down before my performance and stripped of its branches before my eyes was thirty-nine years old. I will remember the story of the illness of the Florentine goldsmith Maurizio, who came on stage on prostheses and left it on stumps of legs that would not have had to be amputated, if it had not been for the chaos in the pandemic-stricken hospitals.

Photo: Michele Monasta

Some episodes proved less, some even more vivid. Many factors influence the degree to which they are perceived as consistent with doctrine and with Bach’s text, factors ranging from personal sensitivity to the experiences of a particular community. The Italians read these codes as intended by the director, as was evidenced not only by the thunderous ovation after the performance, but also – and perhaps above all – by the reaction at the beginning of that mystery play, when no one burst into applause after Nagano’s entrance, recognising that theatre was already happening. However, in comparison with the Hamburg performances, the distance between the musicians and performers on stage has grown. At Deichtorhallen all the action took place in the space between the audience and the performers: yes, it could throw the musicians off balance at times, but at the same time it encouraged them to empathise.

Another thing was that the soloists and members of the Teatro del Maggio Musicale Fiorentino ensembles, safely hidden in the cocoon of the orchestra pit, focused entirely on their tasks. With a truly youthful passion, which is not surprising because, as Castellucci meticulously points out, the orchestra features a violinist who has just turned twenty-one and the oldest singer in the chorus is in his sixties. This is exactly how Bach should sound when performed by artists normally associated with opera: light, airy, with no attempts to ape Baroque articulation on modern instruments, but with respect for Bach’s musical rhetoric – which is especially true of the chorus members, prepared by Lorenzo Fratini and Sara Matteucci, who impressed with their excellent diction, understanding of the text and full commitment to their collective characters.

Particularly worthy of praise among the soloists were Edwin Crossley-Mercer as Jesus – captivating with his phrasing and the melancholic tone of his beautiful bass, perhaps a little too “smoky” in the middle; the excellent Anna El-Khashem, with her crystal-clear, subtle soprano voice and excellent breath control; the ever reliable Krystian Adam, who possesses a rare ability among tenors to combine a stylish interpretation with a great deal of emotion; and Iurii Iushkevich, singing with a surprisingly colourful, calm, almost girlish-sounding countertenor. Decent though not particularly spectacular performances came from the soprano Suji Kwon, and basses Thomas Tatzi and Gonzalo Godoy Sepúlveda. Ian Bostridge was, unfortunately, disappointing as the Evangelist: his interpretation was too expressive, at times even hysterical already in Hamburg. A decade later the technical shortcomings became apparent: Bostridge was not the only one to struggle in this performance with the 442 Hz pitch, awkward for the early musickers”, but he was the only one to be defeated in this struggle, shifting between registers with visible effort and losing control of his larynx on several occasions. All the more praise for the highly efficient and singer-friendly continuo group (the organist Cristiano Gaudio, the theorbo player Elisa La Marca and the gambist Mario Filippini).

Photo: Michele Monasta

I was not disappointed by Kent Nagano, a conductor for whom I have had a weak spot for years: for his versatility, for his eminently intellectual and, at the same time, very human approach to the musical matter, for his attention to textural detail and for his innate aversion to flamboyance. In today’s world of extremes Nagano represents the commendable attitude of a tireless seeker of the golden mean – an artist with whom not only a musician, but also an ordinary listener can simply feel safe.

Which is important in the case of a work that grips our imagination so powerfully. Castellucci put a stone before me. Nagano got me on the right path. I think that both got to the crux of Bach’s message. This is exactly what the Matthew Passion is all about.

Translated by: Anna Kijak

Klub anonimowych operomaniaków

Mili moi, w trzeci dzień stycznia 2026 nie pozostaje mi nic innego, jak życzyć Wam – nieodmiennie – mnóstwa najwspanialszych operowych wrażeń i choćby odrobinę mądrzejszego Nowego Roku. Wiem, że zważywszy na obecną sytuację w świecie są to życzenia dość wygórowane, ale trzeba sobie jakoś radzić, najlepiej samemu albo w dobrym towarzystwie. O tym jest właśnie ten tekst, napisany pewien czas temu, przed otwarciem kolejnego sezonu transmisji z Met w warszawskim Teatrze Studio. Część z anonsowanych przeze mnie atrakcji już się wydarzyła, inne stanęły pod znakiem zapytania, ale nie chodzi o detale: chodzi o to, by zebrać się na odwagę i ruszyć przed siebie tropem najtajniejszych marzeń. Do zobaczenia na szlaku – albo we wspomnianym Teatrze Studio, gdzie już 11 stycznia poprowadzę retransmisję z nowojorskiego przedstawienia Andrei Chéniera. Do usłyszenia, zobaczenia i spotkania w coraz trudniejszym do rozpoznania realu!

***

Zabierając się do pisania tego tekstu, uświadomiłam sobie, ile to już razy zachęcałam, błagałam, nieledwie szantażowałam naszych operomanów, by wreszcie wyrwali się z oków rodzimej sceny muzycznej i przekonali na własne uszy, że opera niejedno ma imię, a w teatrach poza granicami naszego kraju dzieją się rzeczy niewyobrażalne dla polskich odbiorców. Niewyobrażalne, co nie zawsze oznacza lepsze – z czego zdają sobie sprawę wielbiciele opery na całym świecie, stanowiący grupę zróżnicowaną i nie zawsze zbieżną z moimi wyobrażeniami o miłośnikach tej formy, przez jednych bezlitośnie wydrwiwanej, przez innych wynoszonej na piedestał zarówno pod względem muzycznym, jak i teatralnym.

Sama – wbrew pozorom – chowałam się od dzieciństwa na inscenizacjach, nazwijmy to, progresywnych, które w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych ubiegłego wieku trafiały na sceny polskich domów operowych z niemal równą częstotliwością, jak przedstawienia awangardy teatru dramatycznego. Nigdy jednak – podobnie jak przedstawienia Swinarskiego i Grzegorzewskiego – nie mijały się z prawdą dzieła. Wchodziły z nią w ostry, czasem kontrowersyjny dialog, który w słusznie zapomnianych latach dziewięćdziesiątych, wyznaczających w Polsce początek swoiście rozumianego postmodernizmu, skręcił w stronę prowincjonalnego rozrachunku z rodzimą teraźniejszością, estetyki, która stopniowo zaczęła oddalać naszą scenę od nieustannie ewoluujących prądów teatralnych w innych częściach Europy.

Kłopot w tym, że w tym plemiennym nurcie zastygliśmy, przestaliśmy się interesować czymkolwiek, co dzieje się w teatrach poza granicami Polski. Wiadomości o imponujących sukcesach naszych śpiewaków i reżyserów łykamy jak pelikany, nie próbując ich nawet weryfikować ani zestawiać z triumfami innych, uznanych na całym świecie inscenizatorów i muzyków. Co jednak najistotniejsze, przestaliśmy trzeźwo oceniać politykę repertuarową i obsadową polskich teatrów, które nawet w najczarniejszych latach PRL-u były ważnym punktem odniesienia dla melomanów, krytyków i historyków formy operowej.

Być może i ja nie poświęciłabym temu przesadnej uwagi, gdyby nie fakt, że wbrew protestom części zespołu „Ruchu Muzycznego” – choć za namaszczeniem Ludwika Erhardta, ówczesnego naczelnego – zostałam przed laty szefową stworzonego z mojej inicjatywy działu operowego. Z początku miałam zamiar sprawować w tym dziale wyłącznie funkcję redaktorki. Tak się jednak złożyło, że w krótkim czasie musiałam zająć się pracą stricte krytyczną, a tym samym odnieść się nie tylko do własnych, z gruntu nieobiektywnych doświadczeń z wczesnej młodości, lecz także do wiedzy, którą przez lata zdobywałam między innymi za sprawą Józefa Kańskiego i Olgierda Pisarenki, oraz do rozwijanych przez prof. Ewę Łętowską i Piotra Kamińskiego fascynacji historią tradycji wykonawczych i repertuarowych w krajach związanych najściślej z ewolucją tej formy.

Tak się w pewnej chwili poukładało, że jedyną drogą przekazywania mojej wiedzy i miłości do opery – zarówno wielbicielom, jak i fachowcom – okazała się działalność niezależna, pozwalająca dokonywać swobodnych wyborów zarówno w dziedzinie repertuaru, jak i obsady, kierownictwa muzycznego oraz ekipy realizatorów spektakli. Przed kilkunastu laty  czułam się w tej materii jak kompletna nowicjuszka – przyzwyczajona do arcypolskiej tradycji niewychylania się przed szereg, czekania, aż zaproszą, zdawania się na decyzje zwierzchników. I nagle wyszło na jaw – jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki – że mój dotychczasowy dorobek w pełni uprawnia mnie do ubiegania się o akredytacje w najbardziej prestiżowych teatrach Europy. Zwłaszcza że niemal od razu zagwarantowałam organizatorom, że swoje recenzje i relacje z większych przedsięwzięć będę im przekazywać w wersji dwujęzycznej, polskiej i angielskiej.

Gmach Wales Millennium Centre w Cardiff. Fot. Lewis Clarke

Rozglądałam się wśród znajomych, którzy nie mogli żyć bez muzyki, słuchali jej czujnie i potrafili docenić prawdziwy kunszt wykonawczy, a nie tylko chłodną perfekcję warsztatową. Dostrzegłam dziwną prawidłowość: prócz oczywistej muzykalności wszyscy odznaczali się bujnym życiem emocjonalnym, abstrakcyjnym poczuciem humoru, ogromną wrażliwością na specyficzny język opery i wybitnie ścisłym umysłem. Przejawiali też zgubną skłonność do rozproszenia uwagi, która uchodzi za jeden z kluczowych objawów patologicznej prokrastynacji. Pomyślałam sobie, że ja – niespodziewany wyrzutek poza rozpychającą się we współczesnej kulturze rzeczywistością korporacyjną – znajdę w nich świetnych kompanów do moich nowych, tym razem operowych podróży. Kiedyś – za łaskawym przyzwoleniem redaktora naczelnego – wybierałam się przynajmniej dwa razy w roku na wyprawy w Himalaje, na dolce far niente z przyjaciółmi w krajach śródziemnomorskich i rozmaite wolontariaty. Zawalałam wszystkie terminy, solennie obiecywałam poprawę i przy kolejnym zadaniu powtarzałam ten schemat co do joty – tymczasem szef czekał cierpliwie, aż dojdę do siebie i wrócę w krytyczną koleinę. Podobno nigdy nie żałował.

W towarzystwie pokrewnej mi duszy wybrałam się w swoją pierwszą niezależną podróż operową w miejsce zupełnie nieoczywiste, mianowicie do walijskiego Llandudna, w dziedzinę rozfalowanych wzgórz, zaskakująco barwnego morza i rozległych połaci dziewiczej przyrody. Do krainy, której język nie zna ponoć słowa „problem”, za to wyróżnia ponad trzydzieści różnych rodzajów deszczu. Która pośród innych instytucji kultury ma także swoją Operę Narodową (po walijsku Cenedlaethol Cymru), w zasadzie wędrowną, bo choć przedstawienia premierowe odbywają się w gmachu Wales Millennium Centre w stołecznym Cardiff, zespół po kilku tygodniach rusza w trasę wykraczającą poza granice Walii. Jej dyrektorem był wówczas doskonale znany w Polsce librecista i reżyser David Pountney – co zapewne ułatwiło mi zdobycie darmowych biletów na kilka przedstawień, choć wtedy, szczerze mówiąc, nawet się nad tym nie zastanawiałam.

Nie posiadałam się wówczas ze szczęścia, że prócz wycieczek na walijskie klify oraz idyllicznych chwil spędzonych z przyjaciółką w rodzinnym pensjonacie z widokiem na morze, udało mi się – po raz pierwszy w życiu – usłyszeć i obejrzeć Carmen Bizeta w pierwotnej wersji z dialogami. Dopiero na miejscu uświadomiłam sobie, jak bardzo potrzebowałam wytchnienia od tych wszystkich inscenizacji z bykiem, kolorową Sewillą, tytułową bohaterką w czarnej mantylce albo – przeciwnie – ucharakteryzowaną na blond-wampa w czerwonej sukience, od łzawego, wzbudzającego współczucie Don Joségo i prężącego muskuły Escamilla. W tym najmniej spodziewanym miejscu na świecie doświadczyłam inscenizacji dwóch zwariowanych Francuzów, Patrice’a Cauriera i Moshe Leisera, która przywróciła mi wiarę w najczystszą moc opowieści muzycznej.

I natychmiast po tym doświadczeniu zaangażowałam się w misję przekonywania polskich melomanów, żeby poszli za moim przykładem i ruszyli w świat. Od początku szło mi opornie. Mało kto wierzył, że operowe podróże kosztują mniej niż wycieczki all inclusive w zdecydowanie mniej atrakcyjne miejsca z katalogów biur podróży. Moja wiarygodność spadła niemal do zera, kiedy postanowiłam się wybrać na jeden z najdziwniejszych i najbardziej elitarnych festiwali operowych w Europie. Znajomi i przyjaciele popatrywali na mnie podejrzliwie. Zastanawiali się, czy wygrałam w totolotka, odziedziczyłam spadek po bogatym krewnym z zagranicy, czy może dorobiłam się na jakichś pokątnych interesach.

Tylko ja wiedziałam, ile takie przedsięwzięcie wymaga zachodu, determinacji i zwykłej ludzkiej pomysłowości. Zaczęło się od wstępnej kalkulacji. Zaplanowałam rzecz z dostatecznym wyprzedzeniem, by zyskać pewność, że w razie czego zdążę się zapożyczyć, wystąpić o kredyt albo zorganizować udany napad na bank. Postanowiłam wziąć organizatorów z zaskoczenia i rok wcześniej wystosowałam do biura prasowego sążnistą epistołę, chwaląc się dotychczasowymi osiągnięciami w dziedzinie krytyki operowej i przypisując sobie szereg zasług, których jeszcze nie zdołałam położyć na tym polu. Ku mojemu zdumieniu odpowiedzieli, wprawdzie po dwóch miesiącach i z wyraźnym zamiarem zniechęcenia mnie do dalszych prób starania się o bilety, ale za to bardzo uprzejmie. Nie dałam za wygraną. Ugięli się po kolejnych dwóch miesiącach.

Pierwszy etap batalii uznałam za pomyślnie zakończony. Drugi okazał się znacznie trudniejszy. Biuro prasowe spytało, w jakich warunkach życzę sobie spędzić piknik po drugim akcie. Odczekałam z odpowiedzią, aż zabraknie miejsc w wytwornej restauracji festiwalowej, i z udawanym rozczarowaniem przystałam na propozycję zarezerwowania stolika na świeżym powietrzu. Przykazano mi zjawić się z własnym prowiantem, schludnie zapakowanym w kosz piknikowy. Opłatę za rezerwację potrącono bez zbędnych ceregieli z zarejestrowanej wcześniej karty kredytowej.

Christoph Rousset i Rafał Tomkiewicz. Fot. z archiwum artystów

Tak było lat temu dziesięć z okładem. Od tamtej pory – bez specjalnych starań – urosłam do rangi mile witanej bywalczyni wspomnianego festiwalu, czyli „angielskiego Bayreuth” w sielskim Longborough. Wyłącznie dzięki rzetelnym recenzjom, co jednak najważniejsze, dzięki poszanowaniu miejscowych reguł. A najważniejszą regułą obowiązującą w tym maleńkim teatrze w regionie Cotswolds jest odrzucenie snobizmu na gwiazdy międzynarodowych scen, na modnych reżyserów i kosztowne inscenizacje – po to, by w pełni docenić niewiarygodny poziom muzyczny tamtejszych produkcji. Zwłaszcza pod batutą Anthony’ego Negusa, który słusznie uchodzi za jednego z najlepszych wagnerzystów na świecie, ale mało kto o tym wie, bo dyryguje prawie wyłącznie w Longborough i w Melbourne – między innymi dlatego, że nad każdą premierą pracuje miesiącami i na własnych zasadach. Z takim skutkiem, że nieżyjący już Michael Tanner – legenda brytyjskiej krytyki operowej – po jego Tristanie oświadczył, że Bayreuth może się schować, a szacowny „New York Times” poświęcił wydarzeniu całą rozkładówkę: czyli objętościowo więcej niż tekst, który właśnie Państwo czytają.

Co kraj, to obyczaj. Zdziwiłam się przy odbiorze biletu prasowego w Badisches Staatstheater Karlsruhe, kiedy przemiła pani wręczyła mi nie tylko program, ale i pękającą w szwach kopertę z kilkudziesięcioma pieczołowicie zeskanowanymi i wydrukowanymi recenzjami z premiery, która poszła tydzień wcześniej w tej samej obsadzie. Tak na wszelki wypadek, żebym nie wyrwała się przed szereg. Całkiem niepotrzebnie: w pełni doceniłam słynny „Ring Czterech Reżyserów” – po jednym na każdą część tetralogii – skompletowany ostatecznie w Karlsruhe w 2018 roku. Trzem z młodych realizatorów otworzył drogę na Zielone Wzgórze. Między innymi Yuvalowi Sharonowi, współtwórcy znanej również polskim melomanom inscenizacji Lohengrina z Piotrem Beczałą w roli tytułowej. Warto zaznaczyć, że piekielnie utalentowany Amerykanin w najbliższym sezonie zadebiutuje w Metropolitan Tristanem, później zaś, z inicjatywy Petera Gelba, weźmie się za kolejną nowojorską realizację Pierścienia Nibelunga.

To jednak anegdota z dziennikarskiej kuchni. Na wszystkich operowych turystów czekają w podróży inne niespodzianki. W Wielkiej Brytanii – zwłaszcza w teatrach poza Londynem – trzeba się przyzwyczaić do wciąż kultywowanej tradycji buczenia i gwizdania na znak aprobaty po występach solistów w rolach szwarccharakterów. W Niemczech – do gremialnego tupania, swoistego odpowiednika rozpowszechnionej w naszym kraju, choć często nieuzasadnionej owacji na stojąco. Skądinąd w wielokrotnie już wspominanym Bayreuth nie pozostaje nic innego, jak tupać, bo na widowni Festspielhausu jest tak ciasno, że trudno nawet rozprostować nogi, a co dopiero wstać do oklasków. We Włoszech – zwłaszcza w mediolańskiej La Scali – równie często można się spotkać z dzikim aplauzem, jak z dzikimi manifestacjami niezadowolenia rozczarowanych słuchaczy: choć pomidorami już w śpiewaków nie rzucają. Tylko w Szwajcarii do niczego nie trzeba się przyzwyczajać – tamtejsza publiczność reaguje podobnie jak widzowie w Polsce, nagradzając rzęsistymi brawami zarówno miernych śpiewaków, jak i nieudolnych inscenizatorów. Choć i tam trafiają się perełki – jak choćby spektakl Lili Elbe Tobiasa Pickera w Theater St. Gallen, w reżyserii Krystiana Lady, który w 2023 roku słusznie otrzymał OPER! Award za najlepszą prapremierę sezonu na świecie.

Tylko czy naprawdę każdego stać na turystykę operową i doświadczanie tych wszystkich osobliwości na własnej skórze? Zdaję sobie sprawę, że poniekąd jestem uprzywilejowana, jeżdżę bowiem po świecie dość intensywnie, korzystając z dobrodziejstw akredytacji. Nie nadużywam jednak gościnności organizatorów, przyjmując ofertę noclegu wyłącznie w sytuacjach, kiedy teatr sam wystąpi z propozycją pokrycia kosztów pobytu w mieście. Wiem, że tłumaczę się z rzeczy oczywistych: czynię to tylko dlatego, że ogół zainteresowanych wciąż postrzega polskich krytyków – nie tylko muzycznych i nie tylko wolnych strzelców – jako pożałowania godnych pieczeniarzy, utracjuszy lub spadkobierców nieujawnionych fortun.

Tymczasem świat operowy otwiera się coraz szerzej – już nie wyłącznie dla bogaczy, którym najdroższy bilet do wiedeńskiej Staatsoper albo na festiwal w Salzburgu, w cenie kilkuset euro, służy głównie do lansowania się w mediach społecznościowych. Wbrew sentencji przypisywanej Skarbkowi z Góry, złoto nie zawsze idzie do złota. Nieomal na każdy, choćby najbardziej oblegany spektakl w Europie, można w ostatniej chwili dostać się za ułamek pierwotnej ceny biletu. Dojechać albo dolecieć można praktycznie dokądkolwiek: płacąc za tę przyjemność mniej niż za tygodniowe wczasy z rodziną w polskim Władysławowie.

Kto zechce, ten dotrze: choćby na Aidę Verdiego z Piotrem Beczałą w Paryżu albo na występ naszego tenora w tytułowej partii z Andrei Chéniera Giordana w Metropolitan Opera House. Nie ukrywam jednak, że mnie osobiście się marzy, by każdy wyjazd z kraju okazał się dla melomana przeżyciem niezapomnianym nie tylko z powodu udziału polskich śpiewaków w spektaklu – choć coraz ich więcej na europejskich scenach i często łatwiej ich usłyszeć za granicą niż w Polsce, co dotyczy między innymi Rafała Tomkiewicza, Krystiana Adama i Huberta Zapióra. Warto wybrać się w podróż z czystej ciekawości, według jakich kryteriów układa się obsady gdzie indziej, i dlaczego – w przeciwieństwie do większości polskich instytucji – nazwiska artystów anonsuje się czasem z rocznym wyprzedzeniem.

Derek Welton jako Wędrowiec w  Zygfrydzie pod batutą Kenta Nagano na festiwalu w Lucernie. Fot. Priska Ketterer

Znam entuzjastów, którzy planują urlopy wyłącznie z myślą o wizytach w operze. Są wśród nich wagnerzyści, znawcy klasycznego włoskiego belcanta, wielbiciele muzyki barokowej i melomani, którzy z zapałem śledzą prapremiery dzieł ulubionych kompozytorów współczesnych. Poniekąd nie mają innego wyjścia – polskie teatry, poza nielicznymi wyjątkami, nie specjalizują się w żadnej z tych dziedzin, kusząc mało wybredną widownię kolejnymi wznowieniami dzieł z żelaznego repertuaru. Wielu operowych wędrowników – rozpieszczonych wrażeniami wyniesionymi z Monachium, Pesaro, Londynu i Aix-en-Provence – nawet nie myśli o konfrontowaniu ich z rodzimą ofertą. Utwierdza się paradoks: dyrektorzy krajowych instytucji przekonują, że Polacy nie dorośli jeszcze do Händla ani Wagnera, na co lekceważeni przez nich Polacy z westchnieniem pakują walizki i jadą szukać szczęścia gdzie indziej – w teatrach i na festiwalach, gdzie nikt im nie będzie wypominał muzycznego analfabetyzmu naszych rodaków. Wielbiciele opery barokowej wylądują w Getyndze lub na Bayreuth Baroque, gdzie oprócz parady najlepszych kontratenorów i męskich sopranów – na czele z Yuriyem Mynenko i Brunonem de Sá – doświadczą też rozkoszy obcowania ze świetnymi inscenizacjami Maxa Cencicia w przepięknie odrestaurowanej Operze Margrabiów: tej samej, gdzie kręcono najbardziej spektakularne ujęcia do filmu Farinelli: ostatni kastrat. Wagnerzyści nie muszą koniecznie się pchać na Zielone Wzgórze: równie dobre, a czasem lepsze wykonania mają szanse usłyszeć w Berlinie i Brukseli, a nawet w niedalekiej i znacznie tańszej Pradze, gdzie w 2026 roku, w ramach obchodów 150-lecia premiery Ringu, Kent Nagano rozpocznie europejskie tournée z tetralogią na instrumentach z epoki.

Co znamienne, prawdziwi operowi entuzjaści są ciekawi świata we wszystkich jego przejawach. Raczą się specjałami lokalnej kuchni, dzielą się w mediach społecznościowych doświadczeniami ze spotkań z miejscową architekturą, zawierają znajomości nie tylko z ulubionymi muzykami, lecz także z innymi wielbicielami ich sztuki. Włóczą się po praskiej starówce i sprawdzają, czy Obecní dům i Stavovské divadlo wyglądają tak samo, jak zapamiętali przed laty. Odkrywają przemilczanych w Polsce artystów w najbardziej prestiżowych salach koncertowych Paryża i Londynu. Zaczytują się prozą Tomasza Manna i próbują dociec źródeł jego geniuszu, spacerując po uliczkach Lubeki, by zakończyć całodzienne peregrynacje w teatrze operowym na tyłach rodzinnego domu pisarza.

Ja nic nie zmyślam. Większość rozkochanych w operze polskich melomanów poznałam za granicą. Kilkoro namówiło mnie do wspólnych wycieczek, na które w życiu nie wybrałabym się z własnej inicjatywy. To dzięki nim usłyszałam po raz pierwszy na żywo między innymi Lise Davidsen i Michaela Spyresa. To za ich sprawą dokonałam kilku nagłych i niespodziewanych zmian w rutynowej marszrucie.

Słuchajcie zatem i patrzcie. Oglądajcie transmisje z najważniejszych teatrów operowych na świecie. Namawiajcie mnie do kolejnych podróży. Tyle wam zawdzięczam – a chciałabym jeszcze więcej.

Pasja biała jak śmierć

Mniej więcej w tym samym czasie, kiedy Peter Sellars pracował nad inscenizacją Pasji Mateuszowej w Filharmonii Berlińskiej – czyli na początku 2010 roku – Romeo Castellucci, l’enfant terrible teatru włoskiego, stworzył jedno z najbardziej prowokacyjnych dzieł w całej swej karierze. Spektakl Sul concetto di volto nel figlio di Dio, z dominującym nad sceną fragmentem obrazu Antonella da Messiny, wizerunkiem Zbawiciela Świata, który patrzy w milczeniu na mękę schorowanego Ojca, po premierze na festiwalu Romaeuropa ruszył w świat z etykietą reżyserskiego wyznania wiary. W Rzymie wzbudził zachwyt, w Paryżu i Awinionie wywołał gwałtowne zamieszki. Niespełna sześć lat później, kiedy Sellars kreślił już pierwsze szkice do Łaskawości Tytusa na Salzburger Festspiele, Castellucci sięgnął po Matthäus-Passion na otwarcie Musikfest Hamburg. Gdyby udało mu się zrealizować pierwotną koncepcję, być może powstałby z tego spektakl wywiedziony wprost z ducha Sul concetto di volto. Na przeszkodzie stanęły jednak względy techniczne: przedstawienie zaplanowano w rozległej, pozbawionej teatralnego zaplecza przestrzeni Deichtorhallen, dawnej hali targowej, przekształconej w muzeum sztuki współczesnej. Pomysł zilustrowania utworu Bacha ciągiem żywych obrazów nawiązujących do włoskiego malarstwa renesansowego Castellucci zastąpił więc szeregiem instalacji i performansów, przywołujących luźne, często niepokojące skojarzenia z męką Jezusa i zmuszających widza do trudnych rozważań nad sensem ludzkiego cierpienia.

W 2016 roku inscenizację przyjęto życzliwie, ale bez entuzjazmu. Castellucci zbyt wcześnie zderzył się z legendą przedstawienia Sellarsa, tym bardziej skłaniającą do porównań, że dyrygujący berlińską Pasją Simon Rattle i prowadzący ją w Hamburgu Kent Nagano – obaj doskonale znani niemieckiej publiczności – reprezentowali skrajnie odmienne muzyczne światy. Oszczędna, a mimo to pełna emocji koncepcja Sellarsa idealnie korespondowała z temperamentem Rattle’a i tym samym okazała się bardziej przystępna. Abstrakcyjny, operujący symbolem i metaforą teatr Castellucciego świetnie współgrał z klarownym, odrobinę zdystansowanym stylem interpretacji Nagano, wymagającym od słuchacza znacznie więcej uwagi i skupienia.

Hamburska Pasja – choć z perspektywy czasu okazała się dziełem przełomowym w twórczości włoskiego reżysera – przez niemal dekadę zachowała się tylko we wspomnieniach publiczności trzech spektakli w Deichtorhallen oraz w nieoddającym wielu niuansów zapisie wideo. Po przeszło dwóch latach od nieudanej próby wznowienia w Rzymie dotarła ostatecznie do Teatro del Maggio Musicale we Florencji, z udziałem tego samego dyrygenta i tego samego Ewangelisty w osobie Iana Bostridge’a – na dwa z trzech zaplanowanych przedstawień, premiera zbiegła się bowiem ze strajkiem miejscowych związków zawodowych.

Fot. Michele Monasta

Szczęśliwie dotarłam na drugie i ostatnie, by przekonać się po raz kolejny, że Castellucci jest, owszem, prowokatorem, w żadnym jednak razie nie skandalistą. A jeśli już, co sam wielokrotnie podkreślał, to w nowotestamentowym znaczeniu słowa σκάνδαλον, greckiego ekwiwalentu michshol, czyli „kamienia potknięcia” z Księgi Kapłańskiej, przeszkody, której „nie będziesz kładł przed niewidomym”. W Nowym Testamencie jest on przede wszystkim „kamieniem obrazy”, metaforą zejścia na manowce, nakłaniania do złego. Castellucci rzuca nam tę zawadę pod nogi jak niewidomym, przemienia ją w niemy krzyk do głuchego. Wytrąca nas z równowagi następstwem skojarzeń z pozoru nieadekwatnych, obrazoburczych, których znaczenie albo nam umknie, albo dotrze do nas w najmniej spodziewanej chwili.

Reżyser sprowadza widzów na błędną drogę już na początku spektaklu, kiedy odziany w biel Nagano wkracza na śnieżnobiałą scenę i umywa ręce w misie wniesionej przez dwóch ubranych na biało aktorów. To nie jest gest Piłata, to gest czystości serca, sprawowany przez kapłana, który za chwilę zejdzie do kanału orkiestrowego i rozpocznie rytuał z udziałem muzyków w białych strojach. Oślepiająca biel jest elementem wielu inscenizacji Castellucciego, w Pasji jednak jest wszechobecna i wieloznaczna: jako symbol świętości i prawdy, ale też pustki, samotności i żałoby. Reżyser rozegra w tej bieli dziewiętnaście zapadających w pamięć epizodów, w których każdy przedmiot, każda substancja, każde drzewo, każdy człowiek, a nawet jego nieobecność – zostaną potraktowani sumiennie i z niezwykłą czułością przez uczestniczących w spektaklu sportowców, policjantów, lekarzy, laborantów, sprzątaczy i „zwykłych” florentyńczyków, opowiadających w milczeniu swoje własne i cudze historie. W epizodzie zdrady Judasza użyją prawdziwej czaszki złodzieja przyłapanego na gorącym uczynku i zabitego strzałem w głowę. Z lodówki wyjmą ostatnią wieczerzę zmarłego niedawno pacjenta, w pralce umieszczą prześcieradła uwalane krwią pępowinową prawdziwego noworodka. W scenie Ukrzyżowania grupka wolontariuszy – dzieci, ludzi młodych i starców – podejmie próbę wytrwania w pozycji Jezusa przybitego do krzyża, czepiając się dłońmi podwieszonego drążka. Nikt nie wytrzyma dłużej niż minutę. Reżyser krew przemieni w wodę i na odwrót, na przemian barwiąc i neutralizując zamknięty w przezroczystych tubach roztwór fenoloftaleiny.

Wszystkie te działania Castellucci skrupulatnie opisał w osobnej broszurze, dołączonej do książki programowej. Potykamy się o nie jak o kamienie nawet bez jego objaśnień. Wszelkie aspekty ostatnich dni Chrystusa nabierają całkiem innego wymiaru, kiedy powiązać je ze zwykłym doświadczeniem początku i końca, bólu i pociechy, nadziei i zwątpienia. Zapamiętam, że „mój” noworodek (reżyser z każdym spektaklem powiązał inne dziecko) jest dziewczynką o imieniu Anna, która właśnie skończyła miesiąc. Nie zapomnę, że jodła ścięta przed moim przedstawieniem i na moich oczach ogołocona z gałęzi miała 39 lat. Zachowam w pamięci historię choroby florenckiego złotnika Maurizia, który wszedł na scenę na protezach, a opuścił ją na kikutach nóg, których nie trzeba byłoby amputować, gdyby nie chaos w dotkniętych pandemią szpitalach.

Fot Michele Monasta

Niektóre epizody okazały się mniej, inne jeszcze bardziej sugestywne. Na poziom odczucia ich zgodności z doktryną oraz z tekstem Bacha wpływa wiele czynników, począwszy od osobistej wrażliwości, skończywszy na doświadczeniach konkretnej wspólnoty. Włosi odczytują te kody zgodnie z intencją reżysera, o czym świadczy nie tylko huraganowa owacja po spektaklu, lecz także – a może przede wszystkim – reakcja na początku misterium, kiedy nikt nie zerwał się do oklasków po wejściu Nagano, rozpoznając nieomylnie, że już dzieje się teatr. W porównaniu z przedstawieniem z Hamburga zwiększył się jednak dystans między muzykami a performerami na scenie. W Deichtorhallen wszystkie akcje działy się w przestrzeni dzielącej widzów od wykonawców: owszem, mogły przez to wytrącać muzyków z równowagi, zarazem jednak skłaniać ich do współodczuwania.

Inna rzecz, że soliści oraz członkowie zespołów Teatro del Maggio Musicale Fiorentino, bezpieczne ukryci w kokonie orkiestronu, skupili się na swoich zadaniach bez reszty. Z iście młodzieńczą żarliwością, co nie dziwi, bo jak skrupulatnie zaznaczył Castellucci, w orkiestrze gra skrzypaczka, która skończyła właśnie 21 lat, a najstarszym śpiewakiem w chórze jest sześćdziesięciolatek. Tak właśnie powinien brzmieć Bach w wykonaniu artystów związanych na co dzień z operą: lekko, zwiewnie, bez prób małpowania barokowej artykulacji na instrumentach współczesnych, ale z poszanowaniem bachowskiej retoryki muzycznej – co dotyczy zwłaszcza chórzystów przygotowanych przez Lorenza Fratiniego i Sarę Matteucci, imponujących świetną dykcją, zrozumieniem tekstu i pełnym zaangażowaniem w swych zbiorowych bohaterów.

W gronie solistów na szczególne wyróżnienie zasłużyli Edwin Crossley-Mercer w partii Jezusa – ujmujący kulturą frazy i melancholijnym zabarwieniem pięknego basu, może odrobinę zanadto „przydymionego” w średnicy; znakomita Anna El-Khashem, obdarzona sopranem krystalicznie czystym, subtelnym i świetnie podpartym oddechem; niezawodny Krystian Adam, dysponujący rzadką wśród tenorów umiejętnością połączenia stylowej interpretacji z dużym ładunkiem emocji; oraz Iurii Iushkevich, śpiewający zaskakująco barwnym, spokojnie prowadzonym, niemal dziewczęcym w brzmieniu kontratenorem. Porządnie, choć bez szczególnych wzlotów wywiązali się ze swych zadań sopranistka Suji Kwon oraz basy Thomas Tatzi i Gonzalo Godoy Sepúlveda. Rozczarował niestety Ian Bostridge w partii Ewangelisty: już w Hamburgu realizowanej zanadto ekspresyjnie, chwilami wręcz histerycznie. Dekadę później dały o sobie znać niedostatki techniczne: nie tylko Bostridge zmagał się w tym wykonaniu z niewygodnym dla „dawniaków” strojem 442 Hz, tylko on w tym starciu poległ, przechodząc między rejestrami z widocznym wysiłkiem i kilkakrotnie tracąc panowanie nad krtanią. Tym większe słowa uznania dla bardzo sprawnej i pomocnej śpiewakom grupy continuo (organista Cristiano Gaudio, teorbistka Elisa La Marca i gambista Mario Filippini).

Fot. Michele Monasta

Nie zawiódł moich oczekiwań Kent Nagano, dyrygent, do którego od lat mam słabość: za jego wszechstronność, za wybitnie intelektualne, a zarazem arcyludzkie podejście do materii muzycznej, za dbałość o detale faktury i za wrodzoną niechęć do efekciarstwa. W dzisiejszym świecie skrajności Nagano reprezentuje chwalebną postawę niestrudzonego poszukiwacza złotego środka – artysty, przy którym nie tylko muzyk, ale i zwykły słuchacz może się poczuć po prostu bezpiecznie.

Co istotne w przypadku dzieła tak mocno targającego naszą wyobraźnią. Castellucci położył przede mną kamień. Nagano sprowadził mnie na właściwą drogę. Myślę, że obaj trafili w sedno Bachowskiego przesłania. Właśnie o tym jest Pasja Mateuszowa.

Nato regi psallite

Aż musiałam sprawdzić, czy coś mi się nie pomyliło, ale nie. To naprawdę nasze dwunaste Boże Narodzenie. Zaczęliśmy w czasie niespokojnym, a i tak napięcie wciąż rośnie – tyle że Hitchcock podał receptę na dobry film, nie na otaczający nas świat. Tym serdeczniej dziękuję najbliższym i przyjaciołom, którzy przy mnie wytrwali, dziękuję znajomym i nieznajomym Mecenasom w serwisie Patronite. Nie wyobrażacie sobie (albo właśnie Wy sobie wyobrażacie), ile dla mnie znaczą nasze rozmowy, wspólne działania, wspomnienia z podróży oraz poczucie wsparcia moich starań słowem i czynem dobrej woli. Szczególne podziękowania należą się tłumaczom moich tekstów, których w tym roku dosłownie zarzuciłam robotą – dotyczy to zwłaszcza nieocenionej Anny Kijak, która czasem nie tylko przełoży, ale i doredaguje. Last but not least dziękuję Czytelnikom: przeszłym, teraźniejszym i przyszłym. To przecież dla Was ten Upiór. Żeby łagodzić kontrasty i obyczaje. Żeby docenić piękno szarości. Żeby nie było czarno, brunatno ani jaskrawoczerwono. Posklejajmy ten świat muzyką. Ale przedtem odpocznijmy. Dobrych i spokojnych świąt, Kochani.

(Tak, to jest nasza szopka pod naszą choinką.)

Lady-Killer in Vilnius

It is not a new staging, but in many respect it is memorable. Don Giovanni, directed by John Fulljames, with sets by Dick Bird, costumes by Annemarie Woods and lighting by Fabiana Piccioli, was to be the Greek National Opera’s first new production at the Stavros Niarchos Foundation Centre in the 2020/21 season – announced with great hype, along with a revival of Madama Butterfly and the ballet premiere of Don Quixote, already in August 2020, when everything seemed to suggest that Greece had overcome the pandemic. Fate had other plans. The pandemic struck again, the restrictions were reinstated, but the company was not about to give up. The production, which was scheduled to open in December, was premiered without an audience, was filmed by means of eight cameras, and state-of-the-art video and audio broadcasting technology, and soon proved to be one of the hits of the GNO TV streaming service, which was launched at that difficult time. What contributed to the success of the venture was not only the excellent cast, led by Tassis Christoyannis in the title role, but also the professional editing with lots of close-ups, quick cuts and beautifully framed shots. When the production finally hit the stage – first in Athens, then in Gothenburg and Copenhagen – it was received much more coldly by the critics.

Primarily because it is not very innovative. Many artists before Fulljames, including Sven-Erich Bechtolf and Keith Warner, had come with the idea of setting the action of Don Giovanni in a hotel – a clever idea, it has to be said, as the “democratised” space of contemporary hotel chains helps to resolve the dilemma of the sharp social divisions outlined in the work. However, it reduces the eponymous character to the one-dimensional role of a sexual predator, someone like Harvey Weinstein or Jeffrey Epstein – types found in many new stagings of operas, not just those of Mozart. It strips Don Giovanni of the aura of mystery, the “unsolvable enigma” that even some of the greatest theatre directors were afraid to tackle. On the other hand, Fulljames plays with this convention quite skilfully, with a good dose of uniquely British humour. He introduces into the staging a dozen or so extras, brilliantly directed by the choreographer Maxina Braham. They are members of the hotel staff who, with grotesque indifference, ignore the excesses of the guests, remove the traces of lewd orgies and meticulously restore the rooms to sterile order. Fulljames winks at the audience, showing them, instead of the statue of the Commendatore, his frozen corpse in a cold store full of butchered carcasses of pigs (another borrowing, this time from Warlikowski). In the sadomasochistic party scene he plays with drag, dressing Don Ottavio, Donna Anna and Donna Elvira in identical ball gowns.

Photo: Martynas Aleksa

He is less successful in characterising the various protagonists, especially Donna Elvira, who resembles a stalker possessed by unrequited love rather than a proud, betrayed woman. The duel scene in Act I resembles a chaotic skirmish in which Don Giovanni kills the Commendatore by accident. Equally unconvincing is the changing of clothes with Leporello, in which the main role is played by a particularly hideous red wig. Fulljames’ staging, however, undeniably has rhythm and pace, as well as some really strong points, primarily an overwhelming sense of the fleeting nature of all of Don Giovanni’s vile deeds: even their victims do not have time to realise what has actually happened: the door slams shut in front of them, the lift disappears, the light comes on in another room, the staff quickly change the sheets, wipe the table and fluff the cushions.

I came to Vilnius, wondering how this production would fare in the extraordinary building of the Lithuanian National Opera, itself an “unsolvable enigma” of Soviet architecture. The design competition for the building, launched in 1960, was won by Elena Nijolė Bučiūtė, a very young Lithuanian architect, who presented a model of the theatre that anticipated the ideas of many German post-war modernists. Fourteen years passed between the design and the construction, many of Bučiūtė’s novel ideas were lost, but some were kept – they included the bright foyer space, the spectacular decor details of red brick, yellow glass and brass, and the magnificent auditorium with nearly a thousand seats, still the largest stage in Lithuania. The largest, yet still giving a sense of intimacy in experiencing the work – not least thanks to the very good acoustics, in which the singers do not have to try to outshout the orchestra and the conductor can easily balance the sound between the stage and the pit.

Photo: Martynas Aleksa

Fulljames’ Don Giovanni was premiered here in March. I managed to see one of the performances after the autumn revival, conducted by Vilmantas Kaliūnas, a Lithuanian oboist who has been working in Germany for more than thirty years and who has recently taken up conducting as well. And the result is not bad: he conducted the whole thing at reasonable, singer-friendly tempi, the orchestra’s sound, a little thin at first, gradually gained depth, the musicians reacted attentively to his instructions, generally playing with a clean, nicely rounded sound.

The cast was dominated by Lithuanians, led by Modestas Sedlevičius in the title role, a singer with a not very large but exceptionally handsome baritone, beautifully balanced across the registers and phrasing in an old-fashioned, truly Lieder-like style. Leporello was sung by the experienced Tadas Girininkas, whose a bass has an expansive but well-controlled volume, is sonorous, if sometimes a little dull in the middle. Liudas Norvaišas did well in the short role of the Commendatore, while the young baritone Mindaugas Tomas Miškinis fared slightly worse, not quite managing to control his emotions as Masetto, which is by no means an easy role. The only foreigner among the soloists, the Polish tenor Krystian Adam, as usual infused his character with a lot of passion, a feat that is all the more noteworthy given that few singers know how to create a memorable Don Ottavio. Adam managed to do just that: with a voice that is lyrical, but at the same manly in its sound, beautifully developed in the lower register and open at the top, supported by excellent diction and a feel for the idiom. Of the ladies, the one I found the most convincing was Ona Kolobovaitė as Donna Anna. Despite her young age, she is a very mature singer with a wonderfully soft and supple soprano as well as extraordinary acting skills. I was less taken by Gabrielė Bukinė, whose voice is denser, almost like a mezzo-soprano, at times too heavy for the role of Donna Elvira and, above all, rather hysterical, for which – unfortunately – the misguided directorial concept was largely responsible. Lina Dambrauskaitė was more impressive, with her graceful and light soprano, combined with a great sense of comedy, perfect for the role of Zerlina.

Photo: Martynas Aleksa

I don’t know if I would like to see this staging again. I know that in the Lithuanian National Opera building, radiating light and warmth from within, it revealed all its strengths and made it possible to turn a critical eye away from its undeniable flaws. It did not solve the enigma of Don Giovanni. But it certainly did not discourage further efforts to unravel it.

Translated by: Anna Kijak

Czarodzieje sceny

Święta tuż tuż, ale jeszcze nie tracimy tempa. Z przyjemnością anonsuję podwójny, świąteczny numer „Tygodnika Powszechnego”, a w nim teksty mnóstwa moich ulubionych autorów, więc po starej znajomości zapowiem tylko artykuł Moniki Ochędowskiej o gatunku literackim romantasy, docenianym nie tylko przeze mnie w tym ciemnym czasie; jak zwykle brawurowy esej Ryszarda Koziołka o matce, dla której – choćbyś był Bogiem – zawsze będziesz syneczkiem; oraz smakowity felieton Pawła Bravo, między innymi o burakach. Oraz mój tekst o magii blasku i cienia w teatrze oraz niedocenianym fachu reżysera świateł. Ale dobra tam znacznie więcej, także dla miłośników przyrody, zawiłych relacji międzyludzkich i nie mniej zawiłej, choć coraz straszniejszej polityki. Wydanie już w kioskach i w internecie, polecam gorąco.

Czarodzieje sceny