Belcanto na Wielki Tydzień

Przed nami kolejny wieczór z Accademia Bizantina – tym razem na festiwalu Actus Humanus. Już jutro, 3 kwietnia, o godzinie 20.00 we Dworze Artusa, zespół pod dyrekcją Ottavia Dantonego wystąpi w utworach Pegolesiego i Porpory, z udziałem Suzanne Jerosme (sopran) i Delphine Galou (alt). Przybywajcie tłumnie!

***

Gruźlica jest stara jak świat. Siała spustoszenie większe niż wojny, a mimo to nie wzbudzała popłochu. Ludzie panicznie bali się ospy i czarnej śmierci – dwóch plag, które uderzały znienacka, „od Boga za liczne grzechy i przestępstwa zesłane”, a potem równie nagle ustępowały, zostawiając za sobą przetrzebione wioski, zdziesiątkowane miasta i stosy trupów. Tymczasem gruźlica czaiła się wszędzie i zawsze. Wyniszczała organizm stopniowo, czasem przez dziesiątki lat. Lekarze nie umieli jej w porę rozpoznać, zwłaszcza że występowała pod wieloma postaciami, które wielu medyków uważało za odrębne, nijak ze sobą niepowiązane schorzenia. Jeśli pacjent kasłał, pluł krwią, gorączkował i gwałtownie tracił na wadze, rozpoznawano u niego suchoty. Jeśli był „spuchły i wrzodliwy” – jak opisywał tę przypadłość Malkolm w Szekspirowskim Makbecie – uznawano, że cierpi na skrofuły, zwane inaczej królewską niemocą, bo za najskuteczniejszy lek przeciwko gruźlicy węzłów chłonnych uchodził dotyk władcy. Jeśli głównym objawem schorzenia były zmiany skórne, nazywano je wilkiem. Gruźlicę innych narządów niż płuca nagminnie mylono z nowotworami. Polski lekarz i przyrodnik Jędrzej Śniadecki jeszcze na początku XIX wieku nie mógł się nadziwić, dlaczego Turcy mają suchoty „za chorobę bardzo zaraźliwą i (…) daleko się ich więcej lękają niż morowej zarazy”. Kiedy pewien młody angielski medyk nazwiskiem Benjamin Marten wysunął w 1720 roku hipotezę, że przyczyną suchot są jakieś tajemnicze, niewidoczne gołym okiem żyjątka, a choroba może być zaraźliwa, został gromko wyśmiany.

Pergolesi urodził się dziesięć lat wcześniej w Jesi, w prowincji Ankona. Naprawdę nazywał się Giovanni Battista Draghi – swój przydomek zawdzięczał pobliskiej miejscowości Pergola, skąd wywodzili się jego przodkowie. Wiele wskazuje, że gruźlica prześladowała rodzinę Draghich od pokoleń. Troje rodzeństwa małego Giovanniego zmarło w niemowlęctwie. On sam otrzymał bierzmowanie w wieku niespełna roku – być może przez zapobiegliwość dotkniętych tyloma nieszczęściami rodziców, być może dlatego, że chłopiec przyszedł na świat już chory. Do naszych czasów dotrwał tylko jeden wizerunek kompozytora sporządzony za jego życia – szkic, a właściwie karykatura autorstwa włoskiego artysty Piera Leone Ghezziego, na której Pergolesi ma dziwnie opuchniętą twarz, a lewą nogę krótszą i z objawami zaniku mięśni, co skłoniło późniejszych historyków do podejrzeń, że cierpiał też wskutek powikłań po przebytym w dzieciństwie polio.

Achille Viannelli, klasztor franciszkanów w Pozzuoli, rysunek węglem, 1825. Ze zbiorów Museo di San Martino w Neapolu

Nie ulega jednak wątpliwości, że całe jego krótkie życie było naznaczone uporczywym bólem i przeczuciem zbliżającej się śmierci. Tym większy podziw wzbudza determinacja, z jaką kształcił się w muzycznym fachu i wspinał mozolnie po szczeblach kompozytorskiej kariery. Pierwsze nauki odebrał jeszcze w Jesi – u Francesca Santiego, chórmistrza miejscowej katedry, oraz u skrzypka Francesca Mondiniego. Później, dzięki ojcowskim koneksjom, zawarł kilka cennych znajomości w kręgach tamtejszej arystokracji. Markiz Cardolo Maria Pianetti, architekt na dworze Karola VI Habsburga, zapewnił mu dalsze studia w Conservatorio dei Poveri di Gesù Cristo w Neapolu.

Pergolesi zaczął odnosić pierwsze sukcesy i przeżywać pierwsze rozczarowania, ledwie przekroczył dwudziestkę. Po dobrze przyjętej operze La Salustia i całkiem udanej komedii Lo frate ‘nnamorato do libretta w dialekcie neapolitańskim ani się spodziewał, że Il prigionier superbo, trzyaktowa opera seria, która miała stać się symbolem wskrzeszenia scen w Neapolu po katastrofalnym trzęsieniu ziemi, spotka się w 1733 roku z chłodną reakcją publiczności – w przeciwieństwie do uroczego intermezza La serva padrona, które z czasem miało podbić całą Europę. Dwa lata później zdążył się jeszcze nacieszyć tryumfem opery buffa Il Flaminio w Teatro Nuovo, ale był już zbyt słaby, by wywiązać się z wszystkich zaległych zobowiązań wobec patronów.

Życie uchodziło z niego coraz szybciej. Kończyły się też pieniądze. W styczniu 1736 roku Pergolesi zamieszkał w klasztorze franciszkanów w pobliskim Pozzuoli, gdzie powstały jego ostatnie kompozycje, wśród nich Stabat Mater, pisane na zamówienie neapolitańskiej konfraterni Cavalieri della Vergine dei Dolori di San Luigi al Palazzo, która chciała zastąpić „przestarzałe” opracowanie Alessandra Scarlattiego nowym utworem na swój użytek. Pergolesi załatwiał w pośpiechu swoje doczesne sprawy. Stworzył dzieło niezwykle intymne – także z uwagi na niewielki skład wykonawczy (dwa głosy solowe, dwoje skrzypiec, altówka i basso continuo) – a przy tym zaskakująco operowe w stylu, zniewalające urodą barw i bogactwem nastrojów: od początkowego Grave, które Rousseau określił mianem „najdoskonalszego i najbardziej wzruszającego duetu, jaki wyszedł do tej pory spod pióra jakiegokolwiek kompozytora”; przez wielki duet „Quis est homo”, który w pewnym momencie rozwija się w najprawdziwszą cabalettę; aż po finałowe Amen, mimo lekkości faktury zmyślnie „udające” podwójną fugę. Są w tej muzyce rozpacz i łzy, ale też dziwna jasność, wręcz radość z pociechy niesionej Matce pod krzyżem. Maryjny maj jednak nie nadszedł. Pergolesi zmarł w połowie marca 1736 roku i spoczął na klasztornym cmentarzu.

Jego muzyczny pogrobowiec okazał się dzieckiem bardzo żywotnym. Zwiastujące epokę nowej wrażliwości Stabat Mater – mimo niechęci konserwatystów, którzy usłyszeli w nim operę komiczną przebraną w szaty utworu religijnego – wzbudziło zachwyt rzeszy kompozytorów, którzy zaczęli przerabiać je na własną modłę. Bach stworzył na jego kanwie cantata parodia do tekstu niemieckiej rymowanej parafrazy Psalmu 51. Paisiello i Salieri rozbudowali po swojemu zespół instrumentalny. Na przełomie XIX i XX wieku dzieło zaczęto wykonywać w stylu późnoromantycznych oratoriów z wielką orkiestrą i chórem. Popularność Stabat Mater przyczyniła się do nagłego wysypu utworów przypisywanych Pergolesiemu, których autorstwo kwestionowano dopiero z czasem. Nikt jednak nie wątpi w autentyczność Koncertu skrzypcowego B-dur, którego części skrajne kryją już w sobie zapowiedź wczesnego klasycyzmu, ale środkowe, melancholijne Siciliano wskazuje nieomylnie na inspirację stylem opery neapolitańskiej.

Wnętrze kościoła Santissima Trinità dei Pellegrini. Fot. Giuseppe Guida

Jednym z jej największych mistrzów był Nicola Porpora. Urodził się niemal ćwierć wieku przed Pergolesim, umarł przeszło trzydzieści lat po nim. W ciągu długiego życia próbował ze zmiennym szczęściem zbudować swą renomę poza granicami Italii. Wrócił do Neapolu w 1759 roku – bez grosza przy duszy, boleśnie świadomy, że jego muzyka dawno wyszła z mody, tak schorowany, że nie miał już siły przyjmować uczniów. Zapewne w tym czasie powstały Lezioni per il Mercoledì Santo, pisane dla kościoła Santissima Trinità dei Pellegrini, docenione przez współczesnych nie ze względu na rzemiosło starego kompozytora, tylko na renomę pierwszych wykonawców: kastrata Caffarellego i obdarzonego niezwykle rozległą skalą tenora Antona Raaffa.

Ottavio Dantone. Fot. in the headroom GmbH

Piękno muzyki religijnej Porpory odkrywamy dopiero dziś. Stary mistrz miał mniej szczęścia niż Pergolesi. A jednak coś ich łączy: twórczość obydwu jest doskonałym narzędziem ukazania walorów ludzkiego głosu, esencją neapolitańskiego belcanta, brzmienia miasta, w którym – jak pisał Henry James – „z oplecionych w słomiane koszyki gąsiorów purpurowego wina płynie trunek dla wszystkich spragnionych”.

Skarb zakrystiana

Mili moi, jutro, a właściwie już dziś, 2 kwietnia (dopiero wróciłam z podróży), kolejny niezmiernie ciekawy koncert gdańskiego festiwalu Actus Humanus Resurrectio. We Dworze Artusa, o godzinie 20.00, wystąpi zespół Tallis Scholars pod dyrekcją Petera Phillipsa, w programie złożonym z utworów Juana Esquivela de Barahona, Dominique’a Phinota, Bartomeu Càrceresa i Giovanniego Pierluigiego da Palestrina. Kto nie dotrze, będzie mógł liczyć na transmisję w radiowej Dwójce, którą poprowadzi Magdalena Łoś. Przybywajcie tłumnie!

***

W eseju podróżniczym Hemingwaya Śmierć po południu można znaleźć opis, a właściwie wyznanie miłosne do andaluzyjskiego miasta Ronda: „Tam powinniście się udać, jeżeli kiedyś pojedziecie do Hiszpanii w podróż poślubną albo na wypad z kimś. Całe miasto i wszystko jak okiem sięgnąć w którymkolwiek kierunku wygląda romantycznie i jest tam hotel tak wygodny, tak dobrze prowadzony, w którym jada się tak smacznie i zwykle bywa w nocy chłodny powiew, że jeśli przy tym romantycznym tle i nowoczesnym komforcie podróż poślubna lub wypad nie będą udane w Rondzie, to równie dobrze możecie ruszyć do Paryża i oboje zacząć nawiązywać znajomości na własną rękę”.

Żeby zrozumieć wagę i kontekst odkrycia zapomnianej twórczości Juana Esquivela de Barahona akurat w tej miejscowości, którą Hemingway uważał za jedną z najbardziej malowniczych nie tylko w Hiszpanii, ale na całym świecie (i zapewne miał rację), warto wiedzieć, że Ronda stoi „na płaskowyżu w kręgu gór, a ten płaskowyż przecina wąwóz, który rozdziela obydwie części miasta i kończy się skarpą spadającą prosto do rzeki i równiny w dole, gdzie widzi się pył wzbijany przez zaprzęgi mułów na drodze” (wszystkie cytaty w przekładzie Bronisława Zielińskiego). W końcu XVIII wieku nad tą zawrotną przepaścią wzniesiono potężną konstrukcję spinającą krawędzie części mauretańskiej La Ciudad, i chrześcijańskiej, zwanej El Mercadillo. W czasie hiszpańskiej wojny domowej Ronda stała się ponurym symbolem brutalności po obu stronach konfliktu – przede wszystkim z powodu masowych egzekucji przeprowadzanych na moście ponad wąwozem rzeki El Tejo. Według niektórych szacunków z Puente Nuevo strącono około pięciu tysięcy osób. Ofiarą padali głównie duchowni oraz zwolennicy generała Franco. Do jednej z takich masakr Hemingway – sam zdeklarowany antyfaszysta – odniósł się w innej ze swoich książek. Wstrząsający opis mordu w dziesiątym rozdziale powieści Komu bije dzwon jednoznacznie wskazuje na inspirację wydarzeniami z 1936 roku, kiedy z rąk republikanów zginęło ponad pół tysiąca bezbronnych ludzi, zatłuczonych na śmierć lub strąconych w przepaść.

Panorama Rondy. Fot. Tesla Delacroix

Niecałe czterdzieści lat później, w roku 1973, do przepięknej Rondy dotarł amerykański muzykolog Robert J. Snow, wychowanek dwóch legendarnych specjalistów od muzyki dawnej: Williego Apela, autora przełomowej publikacji The Notation of Polyphonic Music 900–1600, pod którego okiem zrobił dyplom na Uniwersytecie Indiany w Bloomington, oraz Dragana Plamenaca, wydawcy utworów Johannesa Ockeghema, który był promotorem jego pracy doktorskiej na Uniwersytecie Illinois w Urbanie. Snow sam był już wtedy uznanym badaczem i wykładowcą akademickim, zajmującym się głównie muzyką religijną Półwyspu Iberyjskiego i Ameryki Łacińskiej z przełomu XVI i XVII wieku.

W Rondzie muzykolog zawarł znajomość z zakrystianem jednego z najważniejszych kościołów miasta, przerobionej z dawnego meczetu kolegiaty Santa María de la Encarnación, przez miejscową ludność nazywanej dumnie „katedrą”. Zakrystian, ośmielony rozległą wiedzą amerykańskiego gościa, pokazał mu schowek, gdzie w czasie wojny domowej ukrył kilka śpiewników, chcąc je ochronić przed niszczycielskim zapałem rozjuszonego tłumu. Wśród ksiąg niewielkiej wartości Snow odkrył prawdziwy skarb: opasłą kolekcję dzieł Juana Esquivela, wydaną w 1613 roku, obejmującą między innymi psalmy, trzydzieści hymnów, szesnaście opracowań Magnificat, Te Deum, antyfony maryjne, oraz sześć nieopublikowanych wcześniej mszy, nie licząc Missa pro defunctis wraz z psalmami responsoryjnymi.

Było to naprawdę bezcenne znalezisko. Muzyka jednego z najpłodniejszych i najwyżej cenionych kompozytorów Złotego Wieku Hiszpanii popadła w niemal całkowite zapomnienie. Zachowały się wprawdzie poprzednie dwa zbiory wydane za życia Esquivela, niemniej druk z 1613 roku, liczący blisko sześćset stron, okazał się białym krukiem i wreszcie rozbudził zainteresowanie jego spuścizną.

Domniemany portret Juana Esquivela de Barahona. Drzeworyt ze strony tytułowej Missarum liber primus, 1608

Juan Esquivel de Barahona – bo tak brzmi jego pełne nazwisko, zgodnie z hiszpańską tradycją łączące nazwisko odziedziczone po ojcu z nazwiskiem panieńskim matki – urodził się około roku 1560 w Ciudad Rodrigo w prowincji Salamanka i w wieku ośmiu lat został mozo de coro, czyli chłopięcym chórzystą w tamtejszej katedrze. Przez pewien czas pobierał nauki u Juana Navarro; poza tym niewiele wiadomo o jego wczesnej edukacji. W roku 1581 dostał posadę maestro di capilla w Oviedo, później objął podobne stanowisko w katedrze w Calahorra. W 1591 roku wrócił do rodzinnego miasta i działał tam jako chórmistrz aż do śmierci w latach dwudziestych następnego stulecia, podpisując się jako Ioannis Esquivel Civitatensis, obywatel Ciudad Rodrigo.

Pisał wyłącznie muzykę religijną, w dużej mierze inspirowaną twórczością Cristóbala de Moralesa, ale noszącą też znamiona późniejszego stylu Francisca Guerrero i Juana Navarro. Próbował pogodzić tradycję XVI-wiecznej polifonii hiszpańskiej z potrydencką surowością i prostotą harmoniczną stile osservato, którego wzorzec ustanowił Giovanni Pierluigi da Palestrina. Trzymał się jednak lokalnych wariantów melodii chorałowych, nie wzdragał się przed użyciem chromatyzmów, nie zawsze też przestrzegał stosowanych przez Palestrinę zasad ścisłego kontrapunktu. Tworzył kompozycje kunsztowne, niemniej ściśle osadzone w społecznym i religijnym kontekście ówczesnej Hiszpanii.

Peter Phillips. Fot. Bernhard Holub

Od pamiętnego odkrycia w Rondzie minęło już ponad pół wieku, wciąż jednak niewiele utworów Esquivela doczekało się wydań krytycznych. Zapewne dlatego trudną misję odnowy pamięci o mistrzu z Ciudad Rodrigo prowadzą doświadczeni specjaliści w dziedzinie wykonawstwa późnorenesansowej polifonii hiszpańskiej, często ukazując jego dorobek na szerszym tle historycznym. Peter Phillips zestawił pięciogłosową Missa pro defunctis z dwoma sześciogłosowymi opracowaniami Lamentacji Jeremiasza – Dominique’a Phinota, przedstawiciela czwartej, przedostatniej generacji szkoły franko-flamandzkiej i jednego z prekursorów techniki polichóralnej; oraz młodszego niemal o pokolenie Palestriny, który na wczesnym etapie kariery mógł czerpać inspirację z jego twórczości – uzupełniając je motetem responsoryjnym Bartomeu Càrceresa, Katalończyka starszego od Esquivela o lat piętnaście.

Niewykluczone, że Esquivel znał muzykę ich wszystkich. Trudno opędzić się od natrętnej myśli, że najpełniejsza kolekcja jego dzieł zachowała się w Rondzie właśnie dlatego, że nawet miejscowy styl w walce byków – escuela rondeña – był „spokojny, z ograniczonym repertuarem, prosty, klasyczny i tragiczny”. Gdyby wyrwać z kontekstu ten cytat ze Śmierci po południu, można by pomyśleć, że Hemingway opisuje w nim styl Juana Esquivela de Barahona.

Młody Bach kłania się starym mistrzom

Szanowni Państwo, już jutro, 1 kwietnia, rozpocznie się w Gdańsku kolejny festiwal Actus Humanus Resurrectio. Na oficjalnej inauguracji w Centrum św. Jana (początek o 20.00) wystąpi Ensemble Correspondances, prowadzony od pozytywu przez Sébastiena Daucégo, w programie złożonym z wczesnych kantat Jana Sebastiana Bacha. Jak zwykle przygotowałam eseje na każdy koncert festiwalu, jak zwykle będę Państwu anonsować część wydarzeń na bieżąco, pozostałe zaś przypominać po zakończeniu AHR 2026. Kto nie dotrze na miejsce, będzie mógł wysłuchać transmisji w radiowej Dwójce. Przybywajcie tłumnie!

***

Albert Schweitzer, alzacki polihistor i autor wydanej w 1908 roku monografii Bacha, pisał w niej z uwielbieniem o Gottes Zeit ist die allerbeste Zeit BWV 106, przyznając, że bez namysłu poświęciłby dwieście kantat kościelnych Lipskiego Kantora w zamian za sto dzieł formatu Actus Tragicus. Jeśli nawet nie ma w tym stwierdzeniu przesady (co prawdopodobne), i tak zadziwia pewność, z jaką Schweitzer tak wysoko ocenił utwór, który wyszedł spod pióra zaledwie dwudziestokilkuletniego kompozytora. Być może zaważyły na tym jego osobiste preferencje: Schweitzer zdecydowanie przedkładał ożywiony dialog solistów z chórem, charakterystyczny dla wczesnych kantat Jana Sebastiana, nad rzekomą rozwlekłość recytatywów i wybujałość arii da capo w jego dojrzałej twórczości kantatowej. Niewykluczone też, że próbował zamknąć toczącą się od blisko osiemdziesięciu lat dyskusję nad tym niezwykłym dziełem, które wciąż nie chce odsłonić wszystkich swoich tajemnic.

Nie przetrwał żaden, choćby fragmentaryczny autograf BWV 106. Na szczęście utwór zachował się w kilku odpisach, z których najstarszy, sporządzony być może przez Christiana Friedricha Penzla, ucznia Bacha, pochodzi z 1768 roku i został opatrzony adnotacją Actus Tragicus, traktowaną odtąd jako alternatywny tytuł, choć w istocie jest określeniem gatunkowym luterańskiej kantaty liturgicznej na tematy związane ze śmiercią. Nad datowaniem dzieła, a poniekąd też kwestią jego autorstwa, zastanawiał się już Felix Mendelssohn. W roku 1835 pisał w liście do ojca, że kantata „musi być albo bardzo wczesna, albo bardzo późna, pod względem stylu różni się bowiem diametralnie od tych, które powstały w średnim okresie życia Bacha; nigdy nie pomyślałbym, że chór początkowy i ostatni są dziełem Jana Sebastiana, jeśli już, to innego kompozytora z epoki. Z drugiej jednak strony nikt inny na świecie nie potrafiłby stworzyć muzyki, która wypełnia środkową część dzieła”. Moritz Hauptmann, od 1842 roku kantor Thomasschule w Lipsku, zachwycał się nieodpartym pięknem utworu, nie mogąc zarazem przejść do porządku dziennego nad „dziwaczną potwornością jego struktury muzycznej, w której frazy piętrzą się jedna na drugiej, wrastają w siebie nawzajem, nie tworząc żadnych wyodrębnionych grup ani kulminacji”. Dopiero w końcu XIX wieku zaczęto postrzegać Actus Tragicus jako swoistą rekapitulację „dawnego stylu”, w której Bach odwołał się między innymi do twórczości Buxtehudego i Pachelbela, ale też własnych wyobrażeń o polifonii renesansowej. Symbolicznie zderzył „stary” kontrapunkt z „nowoczesnym” stylem monodycznym. Starotestamentową wizję śmierci przeciwstawił nowotestamentowej obietnicy zbawienia.

Wnętrze Marienkirche w Mühlhausen. Fot. Erwin Meier

Schweitzer już wiedział, że to dzieło wczesne, ale badacze do dziś spierają się o dokładną datę powstania i przeznaczenie kantaty BWV 106. Actus Tragicus z pewnością został skomponowany między 1706 a 1709 rokiem. Kiedyś sądzono, że z myślą o nabożeństwie żałobnym któregoś z krewnych Bacha, być może wuja Tobiasa Lämmerhirta; łączono też utwór z pogrzebem córki pastora kościoła Divi Blasii w Mühlhausen. Obecnie przeważa pogląd, że kantata powstała na uroczystości pogrzebowe burmistrza Adolpha Streckera, które odbyły się 16 września 1707 roku. Wciąż jednak brakuje dowodu na ostateczne potwierdzenie tej hipotezy. Nigdy nie było wątpliwości, że tekst utworu jest kompilacją ustępów ze Starego i Nowego Testamentu, uzupełnionych dokonaną przez Lutra parafrazą Kantyku Symeona oraz chorałem niemieckiego mistyka Adama Reusnera. Ale dopiero niedawno udało się ustalić, skąd pochodzi tekst tytułowego chóru „Gottes Zeit ist die allerbeste Zeit” („Boży czas to czas najlepszy”) – mianowicie ze Stu ewangelicznych rozmyślań o śmierci śląskiego teologa Davida von Schweinitza – a tym samym odkryć pierwotne źródło skromnego Bachowskiego traktatu o rzeczach ostatecznych, opowiedzianego głosami czworga solistów, chóru, dwóch fletów, dwóch gamb i basso continuo.

W podobnym czasie, najprawdopodobniej w 1707 roku, powstała kantata Nach dir, Herr, verlanget mich BWV 150 („Do Ciebie, Panie, duszę moją wznoszę”) – pod pewnymi względami jeszcze osobliwsza, z uwagi na wyeksponowaną rolę chóru, występującego aż w czterech z siedmiu części utworu (znów warto zwrócić uwagę na odwołania do „starego stylu”, między innymi wykorzystanie niezwykle ekspresyjnej, wyrażającej ból i cierpienie figury saltus duriusculus, zarówno w pierwszym chórze, jak i w poprzedzającej go sinfonii); arię „Zedern müssen von den Winden oft viel Ungemach empfinden”, jeden z nielicznych przykładów tria wokalnego w całej twórczości Bacha (w tym przypadku alt, tenor i bas); oraz inwersję materiału muzycznego z dwóch pierwszych części w zamykającej utwór ciacconie – dźwiękowej metaforze przejścia od smutku do radości, zapożyczonej później przez Brahmsa w finale jego IV Symfonii. Do tej pory nie udało się ustalić miejsca powstania kantaty (w grę wchodzą Arnstadt albo Mühlhausen) ani jej przeznaczenia, choć analiza tekstu, łączącego fragmenty psalmów z anonimową poezją, sugeruje nabożeństwo pokutne.

Wnętrze Blasiikirche w Mühlhausen. Fot. Michael Sander

Pokutny charakter ma również kantata Aus der Tiefen rufe ich, Herr, zu dir BWV 131 – jeśli wierzyć notatce z zachowanego autografu, zamówiona przez Georga Christiana Eilmara, pastora Kościoła Mariackiego w Mühlhausen. W utworze, przeznaczonym na dwóch solistów (tenor i bas), chór oraz zespół instrumentalny złożony z oboju, fagotu, skrzypiec, dwóch altówek i basso continuo, wykorzystano tekst Psalmu 130 („Z głębokości wołam do Ciebie, Panie”), skompilowany z luterańskim chorałem Bartholomäusa Ringwaldta. Niewykluczone, że kantata BWV 131 powstała wkrótce po przyjeździe Bacha do Mühlhausen, trudno ją jednak powiązać z konkretną datą w kalendarzu liturgicznym. Zdaniem niektórych badaczy mogła być przeznaczona na specjalną okazję, na przykład któreś z nabożeństw pokutnych po wielkim pożarze miasta w maju 1707 roku.

Z Mühlhausen wiąże się także kantata Christ lag in Todesbanden BWV 4, którą część muzykologów uważa za tożsamą z utworem przedstawionym przez Bacha w Wielkanoc 1707 roku w kościele Divi Blasii, w ramach aplikacji na stanowisko tamtejszego organisty. „Legł Chrystus w śmierci pętach” jest kantatą chorałową, skomponowaną w całości do tekstu Lutra – swobodnej adaptacji łacińskiej sekwencji Victimae paschali laudes – w technice wariacji per omnes versus, czyli obejmujących wszystkie strofy po kolei, z melodią pieśni zachowaną w cantus firmus. Na tle pozostałych wczesnych kantat Bacha BWV 4 sprawia wrażenie wręcz „starodawnej”, a przecież nie stroni od typowo barokowego malarstwa dźwiękowego i wyrazistych figur retorycznych. Kompozytor musiał mieć do niej szczególny sentyment, skoro po latach wykorzystał ją kilkakrotnie w Lipsku, w nowej wersji, z dodatkowym instrumentalnym „chórem” dublującym głosy wokalne, złożonym z cynku i trzech puzonów.

Sébastien Daucé. Fot. Marco Borggreve

Tych wczesnych Bachowskich kantat, jak sugerują najnowsze odkrycia, pisanych przez dwudziestodwulatka, zachowało się w sumie niespełna dziesięć. Więcej zapewne się nie odnajdzie, choćbyśmy oddali za nie wszystkie pozostałe kantaty kościelne. Zresztą nie warto niczego oddawać. Na każdym etapie życia Bach tworzył odrębne arcydzieła.

Tomorrow Was the War

To this day it is still unclear why, on 8 June 1972, the US and South Vietnamese air forces dropped napalm on the village of Trảng Bàng, near Saigon, which had previously been captured by the Vietcong forces. The reason may have been the same as the one used to explain the “collateral damage” in recent and ongoing wars – the hiding of militants and terrorists among the civilian population. According to the official version, a pilot of the Republic of Vietnam Air Force mistook a group of people fleeing from a local temple for enemy soldiers, as a result of which the aircraft changed course and launched an attack on defenceless civilians. One of the bombing victims was a girl my age: nine-year-old Phan Thị Kim Phúc, who miraculously survived, having torn off her burning clothes.

The photograph of the naked “napalm girl”, screaming in pain, went viral around the world and soon became a symbol of the brutal Vietnam War. It also reached Poland. I’m not quite sure whether my memories of those days have merged with what I saw later. However, I seem to remember that a news report by the Polish Television’s infamous Dziennik Telewizyjny programme featured not only Nick Ut’s legendary photograph, but also clips from the footage shot by reporters from NBC and the independent British broadcaster ITN. Suffice it to say that I keep hearing the scream of the anguished nine-year-old and I keep seeing her running past me, revealing her bare, burnt back.

We were children of the Cold War, instructed from the very beginning of primary school by the sombre men from the security services as to whose side we should take in the event of a conflict. However, this did not dulled our sensibility. We were brought up on the records of Bob Dylan, Jimi Hendrix and Black Sabbath, smuggled from behind the Iron Curtain. This was also how we got to know Galt MacDermot’s musical Hair – in the original Broadway recording – and then rooted for our elder brothers who turned up for their mandatory military medical exam with defiantly long hair. We naively believed that we would live to see a world without violence and divisions, a world in which no one would have nightmares about children burnt with napalm.

One grows out of one’s illusions. Some of the flower children of the day turned radically right, others abandoned their youthful ideals for peace and quiet, many did not survive the attempts to augment their consciousness by means of hard drugs. And yet Hair became not only a manifesto of a generational rebellion, but also a symbol of universal quest for freedom, for the right to determine one’s own life, for the right of every human being to respect, love and security. Even if it did not influence the course of the Vietnam War, it certainly contributed to the difficult process of its re-evaluation. The premiere of the musical in London, in September 1968, marked the end of theatrical censorship, which had existed in the UK continuously since 1737. The film version of Hair, directed by Miloš Forman, reached Poland in the memorable year 1980, shortly after the signing of the August Agreements.

Photo: Edyta Dufaj

The musical will soon turn sixty and it might seem that it has long become part of venerable classics of the genre. However, a few years ago something strange began to happen. Nearly every new production is now accompanied by comments that Hair has never been as relevant as it is today. I thought about it, setting off to see the premiere of the Theater St. Gallen staging directed by Krystian Lada. I don’t think anyone expected an American-Israeli attack on Iran to begin on that very day. Before the performers came on stage, over twenty people had died in the air raids. The highest death toll resulted from three missiles that struck a school in Minaba. The incident was subsequently attributed to the target having been mistakenly identified as a military facility – which is all the more astonishing given that the nearby military base had been demilitarised fifteen years earlier. The attack killed 168 primary school girls, who were roughly the same age as Phan Thị Kim Phúc.

It has been a long time since I experienced such intense cognitive dissonance. The fourth anniversary of the invasion of Ukraine had just passed; five thousand kilometres from St. Gallen the nightmare of yet another war was beginning, and I was strolling through the foyer of the Swiss theatre, surrounded by an audience dressed in bell-bottoms and patterned dresses, with garlands of flowers around their necks. An audience of all ages: from young people who had heard about the hippies from their grandparents to eighty-year-old flower children leaning on their grandchildren’s shoulders. What the hell is it that makes Hair relevant? That every rebellion will be in vain? Where do I go?

I calmed down only when the lights went out in the auditorium. Fortunately, the heirs of the musical’s creators insist that the original context of the work be preserved and that no references to current events be included in new productions. Fortunately, Lada respects their will. Better still, he does it in his own way. The production begins with a stylish projection set in the aesthetics of the late 1960s and featuring American commercial shown on a television screen in which a smiling housewife marvels at the silky softness of Kleenex tissues spread out on her child’s lap, while a white couple, wading through white snow, flash their white teeth, brushed with Macleans toothpaste, at the camera. The vision of happy suburbs will soon vanish, giving way to images of a dirty and bloody war raging somewhere far away.

The projections – by the Columbian dancer and video artist Rubén Darío Bañol Herrera – will return many more times, also generated in real time. Meanwhile, however, the screen rises, revealing a room shrouded in semi-darkness, which is to become the setting for this strange rhapsody from the life of a New York hippie commune: an abandoned East Village warehouse or factory, with a dingy bathroom, characteristic flights of iron fire escapes and a tiny room upstairs, where a small instrumental ensemble is hidden behind a “glass” partition made of opaque film (excellent set design by Sotiris Melanos, well lit by Lukas Marian). This is where the flower children will celebrate the dawn of the Age of Aquarius; this is where Claude Bukowski, George Berger and their flatmate Sheila Franklin will grapple with their fear of war, the dilemmas of their own identity, and their quest to find genuine feelings amidst the anarchy of free love. This is where the great psychedelic trip will take place; this is where Claude will have to decide whether to continue his rebellion or sacrifice his ideals – and, most likely, his life – on the altar of conservative America.

Photo: Edyta Dufaj

Hair has basically no plot to speak of. It is a string of rhapsodic, interrupted narratives, fierce protest songs interwoven with scathing satire, fragments of drug-fuelled visions, and very serious songs about dreams, feelings and loneliness. Lada – greatly assisted by the choreographer Jess Williams and the costume designer Wojciech Dziedzic, whose varied designs perfectly capture the spirit of the era – has preserved the frenetic energy of the work, at the same time making every effort to bring out the individual characteristics of each protagonist within the collective portrait of the commune. The most impressive performance comes from Dante Sáenz in the role of George Berger – wild, untamed, and, at the same time, terrifying in both his singing and his acting. Mack Walz was phenomenal as always, convincingly portraying Sheila’s difficult transformation from a hysterical activist manipulated by Berger into a mature woman who tries to bridge the gap between her beloved George and the doubt-ridden Claude. The latter, portrayed by Maciej Pawlak, singing with a soft, melodious voice, was at times overshadowed by the other two charismatic characters. This, however, is not a criticism, for this is precisely what Bukowski is like: a sensitive young man from the provinces, perhaps too prone to self-reflection and thus doomed to failure from the outset. Steffen Gerstle gave a beautiful performance as the good-natured Woof, a bisexual man with a heart of gold he is ready to offer to anyone in need of his affection. Outstanding among the other soloists were, especially, Nichole Cherrie, a silky-voiced Ronny; the incredibly expressive Masengu Kanyinda as Jeanie; and Daniel Dodd-Ellis singing Hud with his magnificent rich bass. The entire ensemble, including the eleven-strong chorus, was brilliantly led by Tobias Cosler, who gave the musicians not only freedom but also the essential sense of security.

They were treated with equal empathy by Lada, who often entrusted them with difficult acting tasks, but never against their bodies, voices or personalities. Despite the limited stage space of the Theater St. Gallen, he did not try to stifle their need to move. What I find the most winning in Lada’s craftsmanship is his attention to detail: a snowstorm conveyed by the simple techniques of shadow theatre; the “warped” reality of the first manned mission beyond Earth’s orbit, viewed by the commune from a television set propped upright on a metal supermarket trolley; the modest yet brilliantly enacted and truly hilarious hallucinatory vision of paratroopers landing in the Vietnamese jungle.

Photo: Edyta Dufaj

In the Swiss production a sense of unease seeps into the narrative gradually, almost imperceptibly, through, among other things, the successive projections – including material documenting one of the US government’s most dreadful ideas, the “draft lottery”, and excerpts from speeches by Martin Luther King and Richard Nixon. Especially the latter, who utters slick platitudes with the diction of a Shakespearean actor and the composure of a Roman orator, making the speeches of the current President of the United States come across as ramblings of a crazed old man.

When Claude died just as imperceptibly and the tribal anthem “Let the Sunshine In” rang out from the stage, there was no holding back the tears. We did not go on stage to join the actors, like in the old productions of Hair. But we did sing. Until we were out of breath and lost all hope that someone would finally pluck up the courage to let the sun in.

Translated by: Anna Kijak

Usłyszeć Neapol i umrzeć

Drodzy moi, tym razem zapowiedź – jutrzejszego występu Accademia Bizantina pod dyrekcją Ottavia Dantone w siedzibie NOSPR, 28 marca o godzinie 19.30. Partie solowe w Stabat Mater Pergolesiego wykonają Paulina Makarowska (sopran) i Delphine Galou (alt). Kto nie zdoła dotrzeć do Katowic, ten będzie mógł wysłuchać transmisji w Programie II Polskiego Radia, którą poprowadzi Magdalena Łoś. Naprawdę warto! Na zachętę krótki esej, który ukaże się także w broszurze koncertu.

***

Tych kompozytorów nic z pozoru nie łączy. Nie wiadomo, czy mieli okazję zetknąć się osobiście. Francesco Geminiani, starszy od Giovanniego Battisty Pergolesiego o pokolenie, był wprawdzie przez pewien czas koncertmistrzem i kapelmistrzem orkiestry Teatro San Bartolomeo w Neapolu, ale wyjechał z miasta w 1714 roku, gdy Pergolesi był jeszcze dzieckiem i nic nie zapowiadało, że po pierwszych lekcjach muzyki w rodzinnym Jesi ruszy po dalsze nauki do neapolitańskiego Conservatorio dei Poveri di Gesù Cristo. Może wpadli na siebie przypadkiem w końcu lat dwudziestych, kiedy Geminiani odwiedził Neapol jako wysłannik Wielkiego Mistrza Loży Londynu i Westminsteru – z misją ustanowienia pierwszej regularnej loży masońskiej w Italii. Niewykluczone jednak, że o istnieniu Pergolesiego Geminiani dowiedział się już po jego śmierci, w 1752 roku, wkrótce po paryskim występie trupy Eustachia Bambiniego, która wystawiła w Królewskiej Akademii Muzycznej jego intermezzo La serva padrona.

Kiedy jednak głębiej się nad tym zastanowić, Geminianiego z Pergolesim łączyła biegłość w grze na skrzypcach, które wraz ze zmierzchem świetności violi da gamba urosły do rangi instrumentu najbliższego melodii ludzkiego głosu. Geminiani, urodzony w Lukce w 1687 roku, pierwsze lekcje muzyki odebrał od ojca, skrzypka tamtejszej Cappella Palatina. Wkrótce przerósł jego umiejętności i wyjechał po dalsze nauki – niewykluczone, że do Alessandra Scarlattiego w Rzymie, z pewnością do Arcangela Corellego w Neapolu. W roku 1714 postawił wszystko na jedną kartę i ruszył do Anglii wraz z flecistą Franceskiem Barsanti, krajanem z Lukki. Ciągnąca się za nim sława niezwykle uzdolnionego skrzypka dotarła między do Williama Capella, który z czasem miał zostać jednym z jego najhojniejszych angielskich mecenasów.

Geminiani utrzymywał się w Anglii głównie z wykonawstwa i nauczania muzyki. Jako kompozytor zaistniał przede wszystkim dzięki trzem zbiorom Concerti grossi, obejmującym w sumie czterdzieści dwa utwory. Zbiór drugi, oznaczony jako opus 3, ukazał się w roku 1733 – z niego właśnie pochodzi Concerto grosso op. 3 nr 6, stworzony pod wpływem mistrza Corellego, wybiegający jednak w przyszłość nowatorskim sposobem traktowania tematów. Z pewnością miał na to wpływ ekspresyjny styl gry samego Geminianiego, którego Tartini nazwał kiedyś gwałtownikiem, Il Furibondo. Inni nie kryli zachwytu wirtuozerią szalonego Włocha i jego umiejętnością snucia pysznie ornamentowanej kantyleny, jakby żywcem wyjętej z popisów neapolitańskich kastratów.

Autograf „O quam tristis”, trzeciej części Stabat Mater Pergolesiego

Urodzony w 1710 roku Pergolesi naprawdę nazywał się Giovanni Battista Draghi – swój przydomek zawdzięczał pobliskiej miejscowości Pergola, skąd wywodzili się jego przodkowie. Wszystko wskazuje, że rodzinę Draghich od pokoleń prześladowała gruźlica. Całe krótkie życie kompozytora było naznaczone uporczywym bólem i przeczuciem zbliżającej się śmierci. Tym większy podziw wzbudza determinacja, z jaką kształcił się w muzycznym fachu i wspinał mozolnie po szczeblach kompozytorskiej kariery. Pierwsze radości i rozczarowania stały się jego udziałem, ledwie przekroczył dwudziestkę. Po niespodziewanym sukcesie intermezza La serva padrona zdążył się jeszcze nacieszyć tryumfem swojej opery buffa Il Flaminio w Teatro Nuovo, ale w 1735 roku był już zbyt słaby, by wywiązać się z wszystkich zaległych zobowiązań wobec patronów.

Z początkiem roku 1736 Pergolesi zamieszkał w klasztorze franciszkanów w Pozzuoli pod Neapolem, gdzie powstały jego ostatnie kompozycje, w tym Stabat Mater, pisane na zamówienie neapolitańskiej konfraterni Cavalieri della Vergine dei Dolori di San Luigi al Palazzo, która chciała zastąpić „przestarzałe” opracowanie Alessandra Scarlattiego nowym utworem na swój użytek. Pergolesi stworzył dzieło niezwykle intymne – także z uwagi na niewielki skład wykonawczy (dwa głosy solowe, dwoje skrzypiec, altówka i basso continuo) – a przy tym zaskakująco operowe w stylu, zniewalające urodą barw i bogactwem nastrojów: od początkowego Grave, które Rousseau określił mianem „najdoskonalszego i najbardziej wzruszającego duetu, jaki wyszedł do tej pory spod pióra jakiegokolwiek kompozytora”; przez wielki duet „Quis est homo”, który w pewnym momencie rozwija się w najprawdziwszą cabalettę; aż po finałowe Amen, mimo lekkości faktury zmyślnie „udające” podwójną fugę. Są w tej muzyce rozpacz i łzy, ale też dziwna jasność, wręcz radość z pociechy niesionej Matce pod krzyżem.

Ottavio Dantone. Fot. Silvia Camporesi

W ostatnich tygodniach życia Pergolesi sporządził też opracowanie antyfony Salve regina na alt i smyczki, podobnie jak Stabat Mater pełne chromatyzmów i tarć sekundowych. W obu utworach da się rozpoznać zarówno elementy wczesnego stylu galant – z całą jego prostotą i elegancją – jak i odniesienia do stile antico, z typową dla niego wyrazistością malarstwa dźwiękowego, bogactwem ornamentyki i ostrą, a mimo to trzymaną w ryzach dysonansowością.

Pergolesi zmarł w połowie marca 1736 roku w Pozzuoli. Geminiani dokonał żywota w 1762 roku w Dublinie. Obaj przeżyli swoje ostatnie dni w cierpieniu i niedostatku. Dopiero potomni zdali sobie sprawę, że mało kto przed nimi wzbogacał swoje utwory tak wielką liczbą nieoczekiwanych kombinacji harmonicznych i tak odważnie różnicował zawarte w nich melodie. Obaj komponowali muzykę śpiewną, natchnioną i głęboko ludzką. Nie tylko lekceważyli konwencjonalne zasady, ale wręcz rozmyślnie im się przeciwstawiali, otwierając pole swobodnej, niczym nie skrępowanej inwencji twórczej.

Jutro była wojna

Do dziś nie wiadomo, dlaczego 8 czerwca 1972 roku amerykańskie i południowowietnamskie siły powietrzne zrzuciły napalm na wioskę Trảng Bàng pod Sajgonem, zajętą wcześniej przez siły Vietcongu. Być może z tej samej przyczyny, którą tłumaczy się „straty uboczne” podczas niedawnych i wciąż prowadzonych wojen – czyli ukrywaniem bojowników i terrorystów wśród ludności cywilnej. Zgodnie z wersją oficjalną pilot wojsk lotniczych Republiki Wietnamu pomylił wówczas grupę uciekinierów z miejscowej świątyni z żołnierzami wroga, skutkiem czego samoloty zmieniły kurs i przypuściły atak na bezbronnych cywilów. Jedną z ofiar bombardowania była moja rówieśnica: dziewięcioletnia Phan Thị Kim Phúc, która cudem przeżyła, zdarłszy z siebie płonące ubrania.

Zdjęcie nagiej, krzyczącej z bólu „napalmowej dziewczynki” obiegło cały świat i wkrótce stało się symbolem brutalnej wojny w Wietnamie. Dotarło też do Polski. Nie mam pewności, czy wspomnienia z tamtych czasów nie zlały mi się w jedno z tym, co zobaczyłam potem. Kołacze mi się jednak po głowie, że w materiałach osławionego „Dziennika Telewizyjnego” pokazano wtedy nie tylko legendarną fotografię Nicka Uta, lecz także migawki z filmów zrealizowanych przez reporterów NBC i niezależnej brytyjskiej telewizji ITN. Dość powiedzieć, że wciąż słyszę krzyk udręczonej dziewięciolatki i mam w oczach scenę, jak mija mnie w biegu, odsłaniając nagie, poparzone plecy.

Byliśmy dziećmi zimnej wojny, od pierwszych lat podstawówki instruowanymi przez smutnych panów ze służb bezpieczeństwa, po czyjej stronie stanąć w razie ewentualnego konfliktu. Nie stępiło to jednak naszej wrażliwości. Chowaliśmy się na przemycanych zza żelaznej kurtyny płytach Boba Dylana, Jimiego Hendrixa i Black Sabbath. Tą drogą poznaliśmy też musical Galta MacDermota Hair – w oryginalnym nagraniu z Broadwayu – a potem kibicowaliśmy starszym braciom, którzy stawiali się na komisję wojskową z wyzywająco długimi włosami. Naiwnie wierzyliśmy, że doczekamy świata bez przemocy i podziałów, w którym nikomu nie będą śnić się po nocach poparzone napalmem dzieci.

Ze złudzeń się wyrasta. Część ówczesnych dzieci-kwiatów skręciła radykalnie w prawo, inni porzucili ideały młodości dla świętego spokoju, wielu nie przeżyło prób rozszerzania świadomości twardymi narkotykami. A mimo to Hair stał się nie tylko manifestem pokoleniowego buntu, lecz także symbolem uniwersalnych dążeń do wolności, stanowienia o własnym życiu, prawa każdej ludzkiej istoty do szacunku, miłości i bezpieczeństwa. Jeśli nawet nie wpłynął na przebieg wojny w Wietnamie, z pewnością przyczynił się do trudnego procesu jej przewartościowania. Premiera musicalu w Londynie, we wrześniu 1968 roku, wyznaczyła kres cenzury teatralnej, obowiązującej na Wyspach nieprzerwanie od 1737 roku. Filmowa wersja Hair w reżyserii Miloša Formana dotarła do Polski w pamiętnym roku 1980, niedługo po podpisaniu porozumień sierpniowych.

Fot. Edyta Dufaj

Musicalowi wkrótce stuknie sześćdziesiątka i zdawać by się mogło, że Hair już dawno wpisał się w poczet szacownych klasyków gatunku. Kilka lat temu zaczęło się jednak dziać coś dziwnego. Niemal każdej nowej produkcji towarzyszą opinie, że Hair od początku istnienia nie był tak aktualny jak dziś. Myślałam o tym, wybierając się na premierę inscenizacji musicalu do Theater St. Gallen, w reżyserii Krystiana Lady. Chyba nikt się jednak nie spodziewał, że akurat w tym dniu rozpocznie się amerykańsko-izraelski atak na Iran. Zanim wykonawcy wyszli na scenę, w nalotach zginęło przeszło dwieście osób. Najwięcej istnień pochłonęło uderzenie trzech pocisków rakietowych w szkołę w Minabie, tłumaczone później błędnym wskazaniem celu jako obiektu wojskowego – co o tyle zdumiewające, że pobliską bazę sił zbrojnych zdemilitaryzowano piętnaście lat wcześniej. Ofiarą masakry padło 168 dziewczynek z pierwszych klas podstawówki, mniej więcej rówieśnic Phan Thị Kim Phúc.

Dawno nie doświadczyłam tak intensywnego dysonansu poznawczego. Właśnie minęła czwarta rocznica inwazji na Ukrainę, pięć tysięcy kilometrów od St. Gallen zaczynał się koszmar kolejnej wojny, a ja przechadzałam się po foyer szwajcarskiego teatru w otoczeniu publiczności ubranej w spodnie-dzwony, we wzorzyste sukienki, z girlandami kwiatów na szyi. Publiczności w najróżniejszym wieku: od młodzieży, która o hipisach dowiedziała się z opowieści dziadków, po osiemdziesięcioletnie dzieci-kwiaty wsparte na ramionach wnuków. Na czym, do diabła, polega aktualność Hair? Na tym, że każdy bunt pójdzie na marne? Where do I go?

Uspokoiłam się dopiero, kiedy zgasły światła na widowni. Dobrze, że spadkobiercy twórców musicalu domagają się zachowania pierwotnego kontekstu dzieła i niewprowadzania w nowych inscenizacjach aluzji do bieżących wydarzeń. Dobrze, że Lada respektuje ich wolę. Jeszcze lepiej, że robi to po swojemu. Spektakl zaczyna się więc od stylowej projekcji, osadzonej w estetyce późnych lat sześćdziesiątych, z wyświetlanymi na ekranie telewizora amerykańskimi reklamami, w których uśmiechnięta pani domu zachwyca się jedwabistą miękkością chusteczek Kleenex, rozłożonych na kolanach jej pociechy, a para białych kochanków, brodząc w białym śniegu, szczerzy do kamery białe zęby wyszczotkowane pastą Macleans. Za chwilę wizja szczęśliwych przedmieść pryśnie, ustępując miejsca obrazom brudnej i krwawej, ale toczącej się gdzieś daleko wojny.

Projekcje – autorstwa kolumbijskiego tancerza i artysty wideo Rubéna Daría Bañola Herrery – powrócą jeszcze wielokrotnie, generowane później także w czasie rzeczywistym. Tymczasem jednak ekran się podnosi, odsłaniając tonące w półmroku pomieszczenie, które stanie się areną tej dziwnej rapsodii z życia nowojorskiej komuny hipisów: opuszczony magazyn lub halę fabryczną w East Village, z obskurną łazienką, charakterystycznymi ciągami żelaznych schodów przeciwpożarowych i kantorkiem na górze, gdzie za „przeszkleniem” z mętnej folii kryje się niewielki zespół instrumentalny (świetna scenografia Sotirisa Melanosa, dobrze opracowana światłem przez Lukasa Mariana). Tutaj plemię dzieci-kwiatów będzie świętować nadejście Ery Wodnika, tutaj Claude Bukowski, George Berger oraz ich współlokatorka Sheila Franklin będą się zmagać z lękiem przed wojną, dylematami własnej tożsamości, próbą odnalezienia prawdziwych uczuć w anarchii wolnej miłości. Tutaj rozegra się wielki psychodeliczny odlot, tutaj Claude będzie musiał zdecydować, czy wytrwać w buncie, czy złożyć swoje ideały – a zapewne i życie – na ołtarzu konserwatywnej Ameryki.

Fot. Edyta Dufaj

W Hair właściwie nie ma fabuły. To ciąg rapsodycznych, porwanych narracji, gwałtownych protest-songów przemieszanych z szyderczą satyrą, fragmentami narkotycznych wizji i bardzo poważnymi piosenkami o marzeniach, uczuciach i samotności. Lada – z walną pomocą choreografki Jess Williams oraz Wojciecha Dziedzica, projektanta kostiumów zróżnicowanych i świetnie oddających ducha epoki – w pełni zachował frenetyczną energię dzieła, a przy tym dołożył wszelkich starań, by w zbiorowym portrecie komuny wyodrębnić rysy poszczególnych postaci. Największe wrażenie robi Dante Sáenz w roli George’a Bergera – dziki, nieposkromiony, a zarazem przerażający zarówno w śpiewie, jak i geście aktorskim. Jak zwykle fenomenalna Mack Walz przekonująco oddała trudną przemianę Sheili z histerycznej, manipulowanej przez Bergera aktywistki w dojrzałą kobietę, próbującą przerzucić most porozumienia między uwielbianym Georgem a rozdartym wątpliwościami Claudem. Ten ostatni, w interpretacji obdarzonego miękkim i urodziwym głosem Macieja Pawlaka, chwilami nikł w cieniu obu charyzmatycznych postaci, co ostatecznie nie jest zarzutem, bo taki właśnie jest Bukowski, wrażliwy chłopak z prowincji, być może zanadto skłonny do autorefleksji i przez to z góry skazany na porażkę. Piękną kreację stworzył Steffen Gerstle w roli poczciwego Woofa, biseksualisty z sercem na dłoni wyciągniętej do każdego, kto potrzebuje jego czułości. Wśród pozostałych solistów wyróżnili się zwłaszcza Nichole Cherrie, Ronny o głosie jak jedwab; niezwykle ekspresyjna Masengu Kanyinda w partii Jeanie; oraz dysponujący wspaniałym, szerokim basem Daniel Dodd-Ellis jako Hud. Całość zespołu, włącznie z jedenastoosobowym chórem, świetnie poprowadził Tobias Cosler, zapewniając muzykom nie tylko swobodę, lecz i nieodzowne poczucie bezpieczeństwa.

Z równą empatią potraktował ich Lada, powierzając im nieraz trudne zadania aktorskie, nigdy jednak na przekór ich ciałom, głosom i predyspozycjom osobowościowym. Mimo ograniczonej przestrzeni sceny Theater St. Gallen nie próbował dusić drzemiącej w nich potrzeby ruchu. W rzemiośle Lady najbardziej mnie ujmuje dbałość o detale: burza śnieżna oddana prostymi środkami teatru cieni; „zakrzywiona” rzeczywistość pierwszej załogowej misji poza orbitę okołoziemską, oglądanej przez komunę z telewizora postawionego na sztorc w metalowym wózku z supermarketu; skromna, lecz brawurowo rozegrana i naprawdę prześmieszna narkotyczna wizja desantu spadochroniarzy w wietnamskiej dżungli.

Fot. Edyta Dufaj

W szwajcarskiej inscenizacji niepokój wsącza się w narrację stopniowo, niemal niepostrzeżenie, między innymi za pośrednictwem kolejnych projekcji – z dokumentalnym zapisem jednego z najbardziej upiornych pomysłów amerykańskiego rządu, czyli „loterii poborowej”, z fragmentami wystąpień Martina Luthera Kinga i Richarda Nixona. Zwłaszcza tego drugiego, który wypowiada krągłe frazesy z dykcją aktora szekspirowskiego i spokojem rzymskiego retora, na których tle przemowy obecnego prezydenta Stanów Zjednoczonych sprawiają wrażenie bełkotu oszalałego starca.

A kiedy Claude równie niepostrzeżenie zginął i ze sceny gruchnął plemienny hymn „Let the Sunshine In”, nic już nie powstrzymało łez. Nie weszliśmy między aktorów, jak w dawnych produkcjach Hair. Ale śpiewaliśmy. Do utraty tchu i resztek nadziei, że ktoś się wreszcie odważy i wpuści to słońce do środka.

Strasna zaba

Straszne ostatnio zamieszanie, nie tylko w jednoosobowej redakcji Upiora, ale i na całym świecie. Dlatego recenzja z Kobiety bez cienia w TW-ON pojawia się z opóźnieniem, ale za to na stronie internetowej „Tygodnika Powszechnego”. Wspominałam niedawno, że Frau ohne Schatten, ukochane dziecko Straussa, określane przez niego pieszczotliwym akronimem „Frosch”, czyli „Żaba”, może okazać się dobrą operą na dzisiejsze czasy. Nie okazało się. Lecz nie traćmy nadziei. Wkrótce nowy sezon. Dojedzmy tę szynkę z groszkiem. Może po wakacjach nie trzeba będzie przecierać mgły w okularze. Tymczasem zapraszam do lektury.

Strasna zaba

Opera jest teatrem wielu tekstów

Dziś będzie trochę inaczej. Odsyłam Państwa do rozmowy, którą Jan Karow przeprowadził ze mną dla portalu teatralny.pl. Pan Jan był kiedyś moim studentem – z rocznika szczególnie dla mnie pamiętnego, i to z wielu powodów. Nie tylko była to pierwsza grupa, z którą miałam do czynienia w warszawskiej Akademii Teatralnej, ale też grupa wyjątkowo otwarta i ciekawa teatru operowego (do tego stopnia, ze zażyczyła sobie przedłużenia moich zajęć o dodatkowy semestr), i na dodatek złożona z samych indywidualności. Z kilkorgiem wciąż utrzymuję kontakty, choć rocznik już dawno opuścił mury uczelni. Jan Karow sam już uczy studentów w swojej Alma Mater, z powodzeniem zajmuje się też krytyką teatralną. Spisał ten wywiad na podstawie bardzo długiej rozmowy, z której wydestylował wszystko, co może również zainteresować czytelników niezainteresowanych (jeszcze?) operą. I tak przypadkiem nam wyszedł kolejny kamyczek do ogródka Timothée Chalameta, za co panu Janowi jestem szczerze wdzięczna.

https://www.teatralny.pl/artykuly/opera-jest-teatrem-wielu-tekstow

The Heavens Open, I Depart in Peace

I have been dealing quite a lot with Monteverdi recently. Even before leaving for London – to attend a concert by the Academy of Ancient Music conducted by Laurence Cummings in a programme comprising pieces from the Madrigali guerrieri, ed amorosi collection – I could not shake off the thought that Monteverdi’s music would have sounded quite different, if he had not been widowed so early and spent the rest of his life alone. Monteverdi decided to get away from his hometown of Cremona at the first opportunity. He dreamed of a career in Milan, but eventually ended up in Mantua, at the court of Duke Vincenzo Gonzaga. The duke was an ambiguous figure: he once sent thugs after the young erudite Scot James Crichton. Mad with jealousy of his former lover and the favour shown to Crichton by his father, Gonzaga killed his rival with Crichton’s own sword. When the cornered Scot fell to his knees and, begging for mercy, handed him his weapon with the hilt turned forward, Gonzaga stabbed him right in the heart. Yet Crichton was almost forgotten, while Vincenzo went down in history as one of the most outstanding patrons of the arts and sciences in Italy of that era.

Monteverdi came to Mantua when he was not yet twenty-four. He was taken care of by the court violist Giacomo Cattaneo, who took him under his roof and introduced him to his daughter Claudia. Cattaneo would act as a matchmaker between Claudia and Claudio in what looked like an arranged marriage. Monteverdi became his mentor’s son-in-law and husband of a talented court singer, which could help him further his career. Cattaneo was looking for a successor to take over his duties at the court, guarantee livelihood for his daughter and ensure a peaceful old age for himself.

But then came love and mutual respect. The young couple were brought together not only by family but also by professional obligations. From the moment Claudio was given the position of maestro della musica, Claudia probably took part in most performances of his works. She must also have attended the preparations for the premiere of Orfeo. A few months later she died. As for the rest, we can only make a guess: from the decision of the forty-year-old widower not to remarry, and then, after raising his sons to adulthood, to be ordained a priest. But also from his mature music, in which the zeal of a religious experience is sometimes difficult to distinguish from the ecstasy of love, and the clamour of battle from the storms raging in the hearts of lovers.

It can, of course, be argued that such were the premises of the genere concitato, mentioned for the first time by Monteverdi in the preface to Combattimento di Tancredi e Clorinda, in the eight book of madrigals – although the work was written more than a decade earlier and, in spite of appearances, had its predecessors. Monteverdi’s late works herald the upcoming stylistic changes, although it is worth bearing in mind that the composer was the last great madrigalist – as if he deliberately stopped in the past. He breathed a breath of such powerful genius into the already outdated form that he completely exhausted its possibilities.

Anna Dennis. Photo: Jet

Cummings brought together selected works from the eighth book in such a way as to fully reveal the ambiguity of the “agitated style”. The symmetry of the division of the collection into war and love madrigals is only apparent – compositions marked as “guerrieri” in particular elude this simple classification, as Monteverdi mixes in them both orders or even camouflages the struggles and dilemmas of lovers with the rhetoric of battlefields. Thus the programme of the concert, which lasted just under two hours, made up a great, poignant treatise on love – viewed from the perspective of an older man who knows everything about it, even though he experienced it for such a short time in his life.

There was real theatre happening on the Milton Court Concert Hall stage right from the start. In Altri canti d’Amor, a substantial cantata for six solo voices (with the dominant, very lively bass part sensitively sung by Rob Macdonald), the singers entered one by one among the instrumentalists, like actors making their first contact with the audience before the curtain rises. Then the mood changed abruptly: in the static, almost whispered chords of the opening declamation of the madrigal Hor ch’el ciel e la terra, night fell so evocatively and the wind ceased so suddenly that the audience fell completely silent. This made the clash between the knight Tancred (Rory Carver) and the Saracen maiden Clorinda (Anna Dennis) begin with even greater momentum, accompanied by a virtuoso commentary of the narrator, Ed Lyon – a phenomenal tenor who rendered all the melodic, articulatory and rhythmic complexities of this fiendishly difficult part not only brilliantly, but also with an ease bringing to mind the artistry of the late Nigel Rogers. Monteverdi apparently planned to stage the ballo Movete al mio bel suon, which closes the first part of the collection, with the help of scenery. In this performance there was no need for it.

In the second, love part, after the even more evocative Altri canti di Marte to Giambattista Marino’s “genuine” text (the anonymous Altri canti d’Amore is a mirror image, as it were, of this sonnet), Cummings fully respected Monteverdi’s intentions, building a dramaturgy worthy of the first two acts of Orfeo. First came the charming and carefree Vago augelletto, with a symmetrical structure and crystal-clear texture (this time, too, the AAM boss did not deny himself and us the pleasure of leaving the harpsichord for a moment to sing the seventh voice with the ensemble, facing the audience). Then Cummings left out several pieces from the book – without detriment to the narrative – immediately moving to the madrigal Ninfa che scalza di piede. It was followed by Dolcissimo uscignolo, a madrigal “alla francese”, and then came a sudden twist at the end of the concert. Lamento della Ninfa, performed by Dennis with an intensity many a stage actress could envy, took the audience’s breath away. The abandoned nymph’s lament closed the evening with the eighth book as emphatically as Orpheus’ desperate decision to set off for Pluto’s realm to find his lost Eurydice. This lament may have been even more emphatic, because it contains not a shadow of hope.

Laurence Cummings. Photo: Robert Workman

The perfectly tuned ensemble also featured – in addition to the already mentioned singers – Danni O’Neill (soprano) and Ciara Hendrick (alto). In the instrumental ensemble, consisting of two violins, two violas, bass violin, viola da gamba and violone, the player particularly deserving praise was the concertmaster of the AAM, Bojan Čičić, not only for his sense of idiom and the resulting abilities, such as the skill to choose appropriate ornamentation, but also for his almost childlike sincerity and joy of making music. Separate praise should go to the continuo group: two theorbo players – William Carter and Kristiina Watt; the harpist Joy Smith; and Alastair Rose on the organ and harpsichord. I have written about the extraordinary artistry and charisma of Laurence Cummings, who led the whole from the harpsichord, many times before; on this occasion I will limit myself to confessing that I am already looking forward to his performance at this year’s Göttingen Festival.

Although I grew up listening to old AAM recordings and made no secret of my enthusiasm when, after a few lean seasons, the AAM was taken over by the long-serving artistic director of the world’s oldest Handel festival, I could not have imagined that this concert would overwhelm me with such violent thrills, so many emotions repressed over the years, such unearthly delight. I feel now like Tancred from Tasso’s Jerusalem Delivered: thus comforted, I wak’d.

Translated by: Anna Kijak

Niebom osięgła, niebam dostąpiła

Sporo ostatnio zajmowałam się Monteverdim. Jeszcze przed wyjazdem do Londynu – na koncert Academy of Ancient Music pod dyrekcją Laurence’a Cummingsa, w programie złożonym z utworów ze zbioru Madrigali guerrieri, ed amorosi – nie mogłam opędzić się od myśli, że muzyka Monteverdiego brzmiałaby całkiem inaczej, gdyby tak wcześnie nie owdowiał i nie spędził reszty życia samotnie. Z rodzinnej Cremony postanowił się wyrwać przy pierwszej sposobnej okazji. Marzył o karierze w Mediolanie, ostatecznie wylądował w Mantui, na dworze księcia Vincenza Gonzagi. Dwuznaczna to była postać: kiedyś nasłał siepaczy na młodziutkiego szkockiego erudytę Jamesa Crichtona. Oszalały z zazdrości o swą byłą kochankę i względy okazywane Crichtonowi przez ojca, Gonzaga zabił rywala jego własnym mieczem. Kiedy osaczony Szkot padł na kolana i błagając o litość, oddał mu broń zwróconą w jego stronę rękojeścią, pchnął go w samo serce. O Crichtonie jednak zapomniano, tymczasem Vincenzo przeszedł do historii jako jeden z najwybitniejszych mecenasów sztuk i nauk w ówczesnej Italii.

Monteverdi przyjechał do Mantui w wieku niespełna dwudziestu czterech lat. Trafił pod opiekę dworskiego wiolisty Giacoma Cattaneo, który wziął go pod swój dach i poznał ze swą córką Claudią. Z upływem czasu oboje wyswatał. Wyglądało to na zaaranżowane małżeństwo. Monteverdi został zięciem swojego mentora i mężem utalentowanej dworskiej śpiewaczki, co mogło mu pomóc w dalszej karierze. Cattaneo szukał następcy, który przejmie jego obowiązki na dworze, zagwarantuje byt jego córce i zapewni mu spokojną starość.

Potem przyszła jednak miłość i wzajemny szacunek. Młodych połączyły nie tylko obowiązki rodzinne, ale też zawodowe. Odkąd Claudio otrzymał posadę maestro della musica, Claudia prawdopodobnie uczestniczyła w większości wykonań jego utworów. Zapewne brała też udział w przygotowaniach do premiery Orfeusza. Kilka miesięcy później umarła. Reszty możemy się tylko domyślać: z decyzji czterdziestoletniego wdowca, żeby się więcej nie żenić, potem zaś, gdy wprowadził synów w dorosłość, przyjąć święcenia kapłańskie. Ale też z jego dojrzałej muzyki, w której żarliwość przeżycia religijnego trudno czasem odróżnić od miłosnej ekstazy, a zgiełk bitwy od burz szalejących w sercach kochanków.

Można rzecz jasna argumentować, że takie były założenia genere concitato, o którym Monteverdi wspomniał po raz pierwszy w przedmowie do Combattimento di Tancredi e Clorinda w ósmej księdze madrygałów – choć przecież utwór powstał kilkanaście lat wcześniej i wbrew pozorom miał swoich poprzedników. Późna twórczość Monteverdiego niesie z sobą zapowiedź nadchodzących zmian stylistycznych, warto jednak pamiętać, że kompozytor był ostatnim wielkim madrygalistą – jakby z rozmysłem zatrzymał się w czasie minionym. Tchnął w przebrzmiałą już formę powiew tak potężnego geniuszu, że do cna wyczerpał jej możliwości.

Ed Lyon. Fot. Nik Pate

Cummings zestawił wybrane utwory z ósmej księgi w taki sposób, by w pełni ukazać niejednoznaczność „stylu wzburzonego”. Symetria podziału zawartości zbioru na madrygały wojenne i miłosne jest tylko pozorna – z tej prostej klasyfikacji wymykają się zwłaszcza kompozycje oznaczone jako „guerrieri”, w których Monteverdi miesza obydwa porządki albo wręcz kamufluje zmagania i rozterki kochanków retoryką pól bitewnych. Program niespełna dwugodzinnego koncertu złożył się zatem w wielki, przejmujący traktat o miłości – oglądanej z perspektywy starszego mężczyzny, który wie o niej wszystko, choć tak krótko jej w życiu doświadczał.

Na estradzie Milton Court Concert Hall od samego początku dział się prawdziwy teatr. W Altri canti d’Amor, rozbudowanej kantacie na sześć głosów solowych (z dominującą, niezwykle ruchliwą partią basu, zrealizowaną z wyczuciem przez Roba Macdonalda), śpiewacy wchodzili kolejno między instrumentalistów, niczym aktorzy nawiązujący pierwszy kontakt z publicznością przed podniesieniem kurtyny. Potem nastrój raptownie się zmienił: w statycznych, nieledwie wyszeptanych pionach akordowych deklamacji otwierającej madrygał Hor ch’el ciel e la terra noc zapadła tak sugestywnie, a wiatr ustał tak nagle, że i na widowni zrobiło się cicho jak makiem zasiał. Z tym większym impetem rozpoczęło się starcie rycerza Tankreda (Rory Carver) z saraceńską dziewicą Kloryndą (Anna Dennis), opatrzone wirtuozowskim komentarzem narratora w osobie Eda Lyona – fenomenalnego tenora, który wszelkie zawiłości melodyczne, artykulacyjne i rytmiczne tej karkołomnej partii oddał nie tylko brawurowo, ale też ze swobodą przywodzącą na myśl mistrzostwo nieodżałowanego Nigela Rogersa. Wystawienie zamykającego pierwszą część zbioru ballo Movete al mio bel suon Monteverdi przewidywał ponoć z dekoracjami. W tym wykonaniu okazały się zgoła niepotrzebne.

W drugiej, miłosnej części, po wybrzmieniu jeszcze bardziej sugestywnych Altri canti di Marte do „prawdziwego” tekstu Giambattisty Marino (anonimowe Altri canti d’Amore są czymś w rodzaju lustrzanego odbicia tego sonetu), Cummings w pełni uszanował intencje Monteverdiego, budując dramaturgię godną pierwszych dwóch aktów Orfeusza. Najpierw wdzięczne i beztroskie Vago augelletto, o symetrycznej konstrukcji i fakturze czystej jak kryształ (szef AAM i tym razem nie odmówił sobie i nam przyjemności odejścia na chwilę od klawesynu, by zaśpiewać siódmy głos razem z zespołem, twarzą do publiczności). Potem Cummings ominął kilka utworów z księgi – bez szkody dla narracji – przechodząc od razu do trzyczęściowego madrygału Ninfa che scalza di piede. Później jeszcze tylko Dolcissimo uscignolo, madrygał „alla francese”, żeby zakończyć koncert nagłym zwrotem akcji. Lamento della Ninfa, wykonane przez Dennis z intensywnością, jakiej mogłaby jej pozazdrościć niejedna aktorka tragiczna, zaparło słuchaczom dech w piersiach. Lament porzuconej nimfy zamknął wieczór z ósmą księgą równie dobitnym akcentem, jak rozpaczliwa decyzja Orfeusza, by ruszyć do królestwa Plutona po utraconą Eurydykę. Być może nawet mocniejszym, bo w tym lamencie nie kryje się nawet cień nadziei.

Laurence Cummings. Fot. cambridgeearlymusic.org

W doskonale zestrojonym ansamblu – oprócz wymienionych już śpiewaków – znalazły się także Danni O’Neill (sopran) i Ciara Hendrick (alt). W zespole instrumentalnym, złożonym z dwojga skrzypiec, dwóch altówek, basse de violon, violi da gamba oraz violone, na szczególne uznanie zasłużył pierwszy skrzypek AAM Bojan Čičić, nie tylko za sprawą wyczucia idiomu i wynikających stąd umiejętności, choćby doboru odpowiedniej ornamentyki, lecz także z uwagi na niemal dziecięcą szczerość i radość muzykowania. Osobne komplementy należą się grupie continuo (dwoje teorbistów – William Carter i Kristiina Watt; harfistka Joy Smith; oraz grający na pozytywie i klawesynie Alastair Rose). O niezwykłym rzemiośle i charyzmie prowadzącego całość od klawesynu Laurence’a Cummingsa pisałam już wiele razy: przy tej okazji ograniczę się do wyznania, że nie mogę się już doczekać jego występu na tegorocznym festiwalu w Getyndze.

Bo choć sama się wychowałam na dawnych nagraniach AAM, choć nie kryłam entuzjazmu, że po kilku chudych sezonach przejął ją długoletni szef artystyczny najstarszego festiwalu händlowskiego na świecie – nie wyobrażałam sobie, że właśnie na tym koncercie ogarnie mnie fala tak gwałtownych wzruszeń, tylu wypartych przez lata emocji, tak nieziemskiego zachwytu. Czuję się teraz jak Tankred z Jerozolimy wyzwolonej Tassa: „żyć muszę zawsze w ustawicznym błędzie”.