Szesnaście niezłomnych z Compiègne

Kim jesteś, świecie, że tak mnie przerażasz? – pytała Gertrud von Le Fort, autorka noweli Ostatnia na szafocie, od której to wszystko się zaczęło. Niemiecka pisarka była kobietą pełną egzystencjalnego lęku, który ponoć jest niezbywalnym warunkiem prawdziwej wiary. Żyła w tym lęku długo, dziewięćdziesiąt pięć lat, aż do śmierci w dzień Wszystkich Świętych 1971 roku. Była katoliczką, ale urodziła się w rodzinie protestanckiej, której członkowie – jak mawiał jej ojciec, oficer armii pruskiej – byli uczestnikami historii wszędzie, gdzie tylko się dało. Jej przodkowie po mieczu wywodzili się z księstwa Sabaudii-Piemontu i nosili nazwisko Liforti. Należeli do wspólnoty tamtejszych waldensów, jednego z najstarszych ruchów przedreformacyjnych w chrześcijaństwie. W połowie XVI wieku przeszli na kalwinizm i zbiegli do Szwajcarii. Tam przyjęli nazwisko Le Fort, podobnie jak jego włoska odmiana powiązane etymologicznie z siłą i odwagą. W czasach poprzedzających bezpośrednio akcję noweli jeden z Le Fortów był współorganizatorem nieudanej ucieczki Ludwika XVI do Varennes, dwaj inni zginęli z rąk rewolucjonistów.

Gertrud nadała Ostatniej na szafocie formę listu naocznego świadka wydarzeń, zbiegłego francuskiego arystokraty. Narrację zogniskowała wokół fikcyjnej postaci młodziutkiej karmelitanki Blanche de la Force, którą obdarzyła kolejną mutacją własnego nazwiska. Opisana przez nią historia wydarzyła się jednak naprawdę. Klasztor w Compiègne został zamknięty przez władze rewolucyjne w 1792 roku, zakonnice przez kolejne dwa lata żyły „po świecku”, w kilku sąsiadujących ze sobą domach. W roku 1794 Fouquier-Tinville, pierwszy oskarżyciel publiczny Trybunału Rewolucyjnego, wygłosił akt oskarżenia przeciwko karmelitankom, argumentując, że mimo zakazów i tak stworzyły coś na kształt wspólnoty zakonnej. W czerwcu kobiety przewieziono do osławionego „przedsionka gilotyny”, czyli więzienia Conciergerie przy dawnym pałacu królewskim na paryskiej wyspie Cité, po czym skazano na śmierć. Karmelitanki poszły pod ostrze machiny 17 lipca, zaledwie dziesięć dni przed końcem Wielkiego Terroru. Rzeczywiście w drodze na egzekucję śpiewały Salve Regina. Po zakończeniu egzekucji wśród tłumu naprawdę zapanowała martwa cisza. Ale ostatnią ze ściętych zakonnic nie była Blanche de la Force, tylko pani Lidoine, przeorysza zakonu, której posag do klasztoru zapewniła przed laty sama Maria Antonina.

Literacka Blanche jest alter ego von Le Fort, postacią odzwierciedlającą jej własną żałobę po wartościach zaprzepaszczonych przez Wielką Wojnę, jej własny strach przed następstwami rewolucji październikowej i wzrostem radykalnych nastrojów w Niemczech. „Strach jest czymś wielkim” – pisała Gertrud w Ostatniej na szafocie – „Naród powinien znać strach. (…) Straszne wydarzenia, o których zamierzam opowiedzieć, naprawdę miały miejsce i mogą się powtórzyć w każdej chwili”. Niewielka nowela, ukazująca nie tylko grozę historii, lecz i możliwość wewnętrznej przemiany uczestniczących w niej ludzi, odbiła się szerokim echem w kręgach ówczesnych elit intelektualnych i artystycznych. Zainteresowanie utworem von Le Fort utrzymało się także po II wojnie światowej. W 1948 roku francuski dominikanin Léopold Bruckberger nakłonił Georges’a Bernanosa do zaadaptowania noweli na scenariusz filmowy. Nie był jednak zadowolony z dokonanej przez niego przeróbki. Bernanos zmarł rok później, a odgrzebany przez jego wydawcę rękopis – pod kilkoma względami znacząco odbiegający od pierwowzoru – został opublikowany pod tytułem Dialogues des Carmélites, zmienionym na życzenie pisarki. Dzieło Bernanosa rozpoczęło nowe życie na scenie teatralnej, wpierw w tłumaczeniu niemieckim (jako Die begnadete Angst, czyli „Błogosławiony lęk”), następnie, po paryskiej premierze w 1952, w oryginale francuskim.

Valentin Thill (Kawaler de la Force) i Jean-François Lapointe (Markiz de la Force). Fot. Mattia Gaido

Bernanos, idąc za sugestią Bruckbergera, uzupełnił portret Blanche o wątki zapożyczone z biografii Konstancji, młodszej, „siostrzanej” duszy Blanche. To Konstancja miała brata, który wśród rewolucyjnej zawieruchy próbował wyciągnąć ją z klasztoru – tym sposobem narracja Dialogów wzbogaciła się o postać Kawalera de la Force. Pisarz położył też mocniejszy nacisk na koszmarną agonię starej przeoryszy, pani de Croissy, zapewne powodowany własnym strachem przed nieubłaganie nadciągającą śmiercią. Dramat zyskał wymiar bardziej ludzki niż przesycona mistycyzmem nowela Gertrud von Le Fort – i być może dlatego z miejsca odniósł wielki sukces.

Przemówił też do wrażliwości Poulenca, przepełnionego lękiem o los swego partnera Luciena Rouberta, który właśnie umierał na raka. Ale dopiero Margarete Wallman, austriacka tancerka, choreografka i reżyserka, namówiła kompozytora na operową adaptację dramatu Bernanosa – za pośrednictwem swego męża, dyrektora wydawnictwa Ricordi. Poulenc przerobił sztukę na libretto niemal bez ingerencji w jej treść i formę. Nad muzyką pracował dwa lata, tworząc partyturę niewykraczającą poza system tonalny, w harmonice pełną odniesień do skal modalnych, oszczędną w zakresie wykorzystania chromatyki. Jego Dialogi są wspaniałą kontynuacją tradycji francuskiej, między innymi Peleasa i Melizandy, z charakterystycznym dla Debussy’ego, nieoczywistym traktowaniem motywów przewodnich – ale też wokalnej potoczystości oper Masseneta, nie wspominając o innych źródłach inspiracji, od stylu recytatywnego i ekspresywnego Monteverdiego po godną Musorgskiego wyrazistość dramatyczną scen kulminacyjnych utworu.

W Polsce Dialogi karmelitanek były na cenzurowanym aż do początków transformacji ustrojowej. Krótki epizod popularności dramatu Bernanosa zakończył się jednak już w połowie lat dziewięćdziesiątych; opera Poulenca trafiła na scenę tylko raz, przeszło ćwierć wieku temu, w Teatrze Wielkim w Łodzi. Są jednak w naszym kraju zdeklarowani wielbiciele tego arcydzieła, na ogół zgodni, że pod względem czysto teatralnym nikt nie oblókł go w bardziej przekonującą szatę niż Robert Carsen, twórca legendarnej produkcji z 1997 roku dla De Nederlandse Opera. Od tamtej pory inscenizacja Carsena objechała prawie dwadzieścia teatrów na całym świecie. Dopadłam ją jednak dopiero w Turynie – i nie bez przyczyny, bo po blisko trzech dekadach scenicznej wędrówki zatoczyła znamienne koło. Dialogi w Teatro Regio di Torino przygotował ten sam dyrygent, który prowadził spektakle w Amsterdamie: Yves Abel, Kanadyjczyk pochodzenia francuskiego, przez całe życie oddany sprawie popularyzacji tradycji muzycznej swoich przodków.

Ekaterina Bakanova (Blanche de la Force). Fot. Mattia Gaido

Widziałam już w życiu wiele przedstawień wznawianych – bez udziału pierwotnych realizatorów, przez asystentów nieświadomych kontekstu, lekceważących ponadczasową doniosłość gestu, który przestał być dla nich zrozumiały. Nic podobnego nie zdarzyło się w Turynie, gdzie pieczołowitą rekonstrukcją pierwotnej koncepcji Carsena zajął się doświadczony reżyser Christophe Gayral, a ustawieniem kluczowych w tej inscenizacji świateł – sam Carsen we współpracy z Corem van der Brinkiem, który zdobywał doświadczenia w spektaklach prawdziwych tytanów teatru operowego, na czele z Robertem Wilsonem i Pierrem Audi. Wizja Carsena rozwija się na prawie pustej scenie, na której każdy osamotniony rekwizyt – ławka, fotel, łóżko, grób – odgrywa znamienną rolę (scenografia Michael Levine, kostiumy Frank Baer). Carsen mądrze gra barwą: między innymi w pierwszym akcie, gdzie Blanche jest ubrana w białą suknię, Markiz de la Force ma czerwony strój, a jego syn paraduje w niebieskim kostiumie. Nie jest to jednak anachroniczne odniesienie do rzekomo rewolucyjnej symboliki francuskiej flagi – raczej do barw kojarzonych ze znakami ancien régime’u: bielą stanu duchownego, heraldyczną czerwienią arystokracji i błękitem zyskującej nową tożsamość burżuazji. Duet Blanche i jej brata rozgrywa się po obu stronach symbolicznego muru klauzury, odzwierciedlonego na scenie przez rząd odwróconych tyłem do publiczności zakonnic. Mur okazuje się złudą – w pewnym momencie bohaterowie zaczynają przenikać przez tę nieszczelną ścianę, a każde ich słowo tylko podkreśla moc dokonywanej przez nich transgresji. Słynna finałowa scena egzekucji – fenomenalnie podkreślona sugestywną choreografią Philippe’a Girodeau – opiera się pokusie dosłowności. Nie ma tu krwi ani gilotyny: kolejne siostry zapowiadają swą śmierć sekwencją symbolicznych gestów, po czym padają na deski krzyżem, z rozpostartymi ramionami – ale z twarzą zwróconą ku górze, na znak wiary, nadziei i ufności w nieznane.

W Blanche wcieliła się Ekaterina Bakanova, dysponująca sopranem krągłym, dźwięcznym i wyrazistym – zwłaszcza w epizodach skrajnej rozterki i trwogi, kiedy artystce zdarzało się poświęcać urodę brzmienia na korzyść wręcz namacalnej ekspresji. Idealną przeciwwagę dla targanej emocjami Blanche stworzyła Francesca Pia Vitale w partii Konstancji, zrealizowanej głosem świetlistym i pełnym dziewczęcego żaru. Mniej przekonała mnie Sally Matthews jako Madame Lidoine – jej piękny, dojrzały sopran jest wciąż bardzo nośny, ale zanadto rozwibrowany, co niestety rzutuje także na zrozumiałość podawanego tekstu. Pod tym względem Matthews wyraźnie odstawała od reszty żeńskiej obsady, między innymi Antoinette Dennefeld, wzruszającej i dojmująco ludzkiej Matki Marii, przede wszystkim jednak Sylvie Brunet-Grupposo – fenomenalnej Madame de Croissy. Altową rolę starej przeoryszy, podobnie jak partię Hrabiny w Damie pikowej Czajkowskiego, powierza się z reguły wybitnym i znakomitym aktorsko śpiewaczkom, które najlepsze lata kariery mają już dawno za sobą. Brunet-Grupposo przełamała ten schemat, udowadniając, że wyczucie teatru i nieskazitelna technika wokalna wspierają interpretację bez względu na wiek. Intensywnością swojej kreacji przyćmiła Bakanovą już w pierwszym dialogu, w którym wyłożyła regułę zakonu w zdaniach dotkliwszych niż ostrze gilotyny. W scenie śmierci, gdy cały świat jej wartości runął jak domek z kart, wzniosła się na poziom szekspirowskiej tragedii. Wobec takiego aktorstwa i takiej muzykalności krytyk pozostaje bezradny z zachwytu: nawet pojedyncze wahnięcia intonacyjne sprawiają na nim wrażenie świadomego narzędzia komunikacji ze słuchaczami.

Panowie niewiele mają w tej operze do roboty. Tym większy podziw dla barytona Jean-François Lapointe’a, niekwestionowanego mistrza francuskiego repertuaru, który w krótkiej partii Markiza de la Force olśnił publiczność nie tylko celnym wyczuciem stylu, lecz także świetną dykcją i doskonałą prezencją sceniczną. Valentin Thill w roli Kawalera de la Force wypadł więcej niż poprawnie, choć jego urodziwy, liryczny tenor traci na sile wyrazu za sprawą nieumiejętnych przejść między rejestrami. Nie sposób pominąć Krystiana Adama, który partię Kapelana wyśpiewał wzorową francuszczyzną, głosem ciepłym i pięknie otwartym, tworząc zarazem pięknie zniuansowaną postać człowieka rozdartego między strachem a powinnością.

Scena finałowa. Fot. Daniele Ratti

Yves Abel poprowadził turyńskie Dialogi niezwykle stylowo, w mądrze osadzonych tempach, umiejętnie ważąc proporcje między rozmigotaną, skrzącą się barwami warstwą orkiestrową a bogactwem i wagą słów padających ze sceny. Trzeba przy tym podkreślić, że dyrygent musiał się zmierzyć z nietypową akustyką Teatro Regio di Torino, gdzie selektywny i nośny dźwięk orkiestry może wymknąć się spod kontroli i przytłoczyć śpiewaków. Nic takiego się nie zdarzyło. Dyrygent zapanował nad wszystkim, włącznie z doskonale przygotowanym przez Geę Garatti Ansini chórem, którego członkinie dołączyły też do solistek w scenie finałowej, dopełniając muzyczny obraz tragedii szesnastu karmelitanek z Compiègne.

I tak przekonaliśmy się po raz kolejny o sile inscenizacji sprzed blisko trzydziestu lat i potędze artystów pokładających wiarę w arcydzieło Poulenca. Bo zło naprawdę nie ma innej mocy poza bezsilnością dobra – żeby znów się odwołać do słów Gertrud von Le Fort.

Opera politicissima

W sieci ukazał się właśnie podwójny numer „Raptularza” e-teatru (111/112), tym razem poświęcony polityce historycznej w sztuce. O tym, co między historią a mitem, piszą między innymi Joanna M. Sosnowska w artykule o malarstwie historycznym; Jarosław Cymerman, który analizuje fenomen popularności Gałązki rozmarynu (1938), widowiska muzycznego Zygmunta Nowakowskiego; oraz Piotr Dobrowolski, w eseju o teatrze historycznej emancypacji. Polecam całe wydanie, które obejmuje też dwa podcasty (rozmowy Jakuba Moroza z Waldemarem Krzystkiem i Piotra Dobrowolskiego z Beniaminem M. Bukowskim) i podaję link do mojego tekstu o niezbywalnej polityczności opery.

Opera politicissima

What the Devil!

I never cease to be amazed by the Czechs, and the grace as well as ease with which they bring back to life underrated operas from their national repertoire. True, it can be argued that Czech composers’ masterpieces have long been present on the world’s stages and that audiences craving for something new – not only in their homeland – will welcome any dusted-off piece with open arms. Yet this argument is false: first, not all of these operas deserved to be banished from theatrical stages, second – even if they are inferior to the more distinguished achievements of their authors, the Czechs usually know how to hide their flaws and highlight their strong points. This is primarily due to the fact that they have never broken with their operatic tradition; they know how to make it fit it into the framework of modern theatre, to look at it with detachment and, when necessary, to approach it somewhat tongue in cheek.

This has recently been the case of The Devil’s Wall, Smetana’s last completed opera and, at the same time, one of the four he wrote to Eliška Krásnohorská’s libretti, including the romantic opera Viola, based on Shakespeare’s Twelfth Night and abandoned after several hundred bars. Krásnohorská, a writer, translator, editor of Ženské listy and activist in the women’s emancipation movement, was much younger than the composer. They met in 1864, before Eliška turned seventeen. Their true friendship began unusually – with an article in which Krásnohorská, whilst making no secret of her admiration for Smetana’s musical talents, pointed out his errors in the prosody of the Czech language, using The Bartered Bride as an example. Instead of taking offence, Smetana took her comments to heart. Krásnohorská was the composer’s muse, collaborator and unfulfilled love in the final decade of his short life, when he was battling increasing deafness, soon compounded by vertigo, hallucinations and sudden rage outbursts – according to Smetana, these were symptoms of madness that brought him to the brink of suicide several times. In spite or perhaps because of that, their first joint operas (The Kiss and The Secret) were bitter-sweet, lyrical comedies in which it is often hard to tell the difference between irony and melancholy, fiction and autobiographical themes.

However, work on The Devil’s Wall dragged on for longer than expected, also because of disputes over the nature of the work itself. From the very beginning Krásnohorská suggested something along the lines of a romantic opera, combining a historical theme with the legend of a devil trying to prevent the construction of the Monastery of Vyšší Brod, founded by Vok of Rožmberk as an expression of his gratitude to the Virgin May for saving him from the waters of the Vltava. Smetana wanted a lighter approach to the subject, to which Krásnohorská agreed, but their subsequent collaboration was a struggle. In the end Smetana removed more or less one-third of the original text from Krásnohorská’s libretto and did the whole his own way. He may have wanted to laugh and be moved a bit before he died.

Photo: Marek Olbrzymek

The premiere in October 1882, at the now defunct Nové České Divadlo in Prague, was received with moderate enthusiasm. The wooden building, used as the summer base of the Temporary Theatre, had neither the technical facilities nor sufficiently talented creative team to properly stage an opera about devils, dreams full of phantoms, a thunderstorm and reversal of the Vltava course (suffice it to say that sheep were played by suitably trimmed poodles). Rarach, a role written for Karel Čech, was in the end sung by a different singer, shattering the illusion of a striking resemblance between the hell’s emissary and the hermit Beneš. Despite favourable opinions about the music, The Devil’s Wall was removed from the repertoire after just six performances. Bad luck continued to plague the the work: a performance in Prague on 28 June 1914 was interrupted by news of the assassination of Archduke Ferdinand. Smetana’s last opera did not make it beyond Czech theatres and still remains one of the composer’s least frequently staged works. Worse still, after a while it came to labelled a a work of declining years showing symptoms of the gradual disintegration of the composer’s creative powers.

The Devil’s Wall has not been seen in Brno for nearly half a century. Now the opera has returned in a staging that is so impressive with the richness of theatrical imagination and, at the same time, so irresistibly funny that I do not quite know whom to praise first. Let me, therefore, start unusually with Dragan Stojčevski, who, at the request of the director Jiří Heřman, designed the sets drawing solely on the architecture of the buildings and the interiors of the Vyšší Brod monastery, but making them an equal protagonist of the narrative. Although there is no Rožmberk Castle, nor a shepherd’s hut, nor a cliff on the bank of the Vltava, nor even the eponymous devil’s wall, that is a river dam – everything is there, in the sets organising the entire stage space, constantly moved, turned away, attracting the eye to strange nooks and crannies. Jarek, tormented by temptation, has a dream of an orgy involving smoking weed in the monastery library; Katuška is making out with her lover in the cloister garden; the Vltava River swells just outside the window of St. Anne’s Chapel.

Photo: Marek Olbrzymek

The more our sense of the absurd grew, the easier it was to turn the narrative into a convincing whole – thanks to the brilliant direction of Heřman, who approached The Devil’s Wall with a panache worthy of the Salle le Peletier in Meyerbeer’s era. And with a sense of humour similar to that which must have characterised the authors of special effects of the French grand opéras. Heřman masterfully exploits the “alienness” of a detail or prop – the medieval setting (Zuzana Štefunková Rusínová’s superb costumes) is disrupted by a young monk in trainers; wheelbarrows from a DIY store roll onto the stage several times, and the peasant women push quite modern, neatly compressed bales of straw with their rakes. In addition, the director plays a hilarious game with symbols. The abundance of fish caught in the orchestra pit and swimming in the banked up Vltava, and, finally, the carp wagging its tail in a Gothic sculpture’s arms serve as a subtle (?) reminder that Vyšší Brod is a Cistercian abbey. The Rožmberks’ heraldic rose appears in a variety of contexts – for example, in Vok Vítkovic’s ceremonious entrée in full armour (I will not describe the scene, for if anyone is intending to go to Brno, I will spoil all the fun for them).

Some of Heřman’s ideas are so mad that I sometimes had the impression that I was watching the film Arabela, alternating with The Red Inn. However, wherever lyricism, horror or seriousness is needed, the spectator will find it. What deserves a special mention is the director’s collaboration with the choreographer Marek Svobodník, who has provided Rarach with a retinue of skeletons in black-and-white costumes, moving with the eerie grace of danse macabre figures (in scenes where Rarach is not parading in Beneš’s habit, but appears as a skeletal devil, the singer animates a hermit’s puppet in front of him). Add to this the superb crowd scenes, Dominik Žižek’s evocative projections and the lighting design overseen by Heřman himself, and we have a production that will captivate everyone – from a child taken to the opera by their parents for the first time, to a discerning music lover who has hitherto not believed in the power of Smetana’s work.

Photo: Matek Olbrzymek

For after what we heard in Brno, no one will believe that the opera is a work of declining years. Under Robert Kružík’s confident yet delicate hand the performance revealed not only obvious allusions to Wagner and Liszt, but also unexpectedly sophisticated and novel harmonic and colour structures bringing to mind Dvořák’s and Mahler’s late works. This was due to the disciplined and attentive orchestra, not to mention the phenomenal chorus of the Brno Opera, which I cannot praise highly enough in every performance. In the solo cast I saw a month after the premiere I was impressed the most by Pavel Švingr in the role of Rarach. He is a singer blessed with a powerful bass voice, yet one that is both exceptionally handsome and musical. Singing Beneš, David Szendiuch, with his considerably less distinctive voice, paled somewhat in comparison. On the other hand, an excellent performance came from Roman Hoza – a moving and human Vok Vítkovic, sung with a soft baritone with excellent breath control and beautiful middle range. The ever reliable Peter Berger was outstanding in the tenor role of the knight Jarek – no doubt aided by the soprano Lenka Máčiková, who gave a superb acting portrayal of Katuška with a mercurial voice. Romana Kružíkova lacked a similar stage presence; hers is a soprano light and girlish enough for the role of Hedvika, Vok’s beloved, but she still needs to work on her interpretation on the character. Záviš was convincingly portrayed by Václava Krejčí Housková, whose assured, steely mezzo-soprano is perfect for this trouser role. Finally, a round of applause should go to the tenor Petr Levíček in the character role of Michálek, the castle steward and Katuška’s father, a part that seems to have been taken straight from Die Meistersinger von Nürnberg.

Next year The Devil’s Wall will be presented at Prague’s National Theatre in a production by Ondřej Havelka, the first director that made me cry with laughter at the opera. A quarter of a century has passed since then and Havelka now has some stiff competition. If the Prague production turns out to be just as successful, Smetana will die of laughter in the beyond.

Translated by: Anna Kijak

Tam do czarta!

Wciąż nie mogę się nadziwić Czechom, z jakim wdziękiem i lekkością przywracają do życia niedoceniane opery z rodzimego repertuaru. Owszem, można argumentować, że arcydzieła kompozytorów czeskich są już od dawna obecne na światowych scenach i złakniona ciekawostek publiczność – nie tylko w ojczyźnie – przyjmie z otwartymi ramionami każdą odkurzoną ramotę. Tyle że to argument fałszywy: po pierwsze, nie wszystkie z tych oper zasłużyły na teatralną banicję, po drugie – nawet jeśli ustępują wartością wybitniejszym dokonaniom swych twórców – Czesi na ogół wiedzą, jak zamaskować ich wady i podkreślić atuty. Przede wszystkim dlatego, że nigdy nie zerwali z własną tradycją operową, potrafią ją wpisać w ramy nowoczesnego teatru, spojrzeć na nią z dystansu, a kiedy trzeba, potraktować z przymrużeniem oka.

Tak się od niedawna dzieje z Czarcią ścianą, ostatnią ukończoną operą Smetany, a zarazem jedną z czterech, które pisał do librett Eliški Krásnohorskiej, w tym zarzuconej po kilkuset taktach opery romantycznej Viola na motywach Wieczoru Trzech Króli Szekspira. Krásnohorská, pisarka, tłumaczka, redaktorka pisma Ženské listy i zapalona działaczka ruchu na rzecz emancypacji kobiet, była znacznie młodsza od kompozytora. Poznali się w 1864 roku, zanim Eliška skończyła siedemnaście lat. Ich prawdziwa zażyłość rozpoczęła się jednak nietypowo – od artykułu, w którym Krásnohorská, nie kryjąc podziwu dla talentów muzycznych Smetany, wytknęła mu błędy w prozodii języka czeskiego na przykładzie jego Sprzedanej narzeczonej. Smetana, zamiast się obrazić, wziął sobie uwagi do serca. Krásnohorská była muzą, współpracownicą i niespełnioną miłością kompozytora w finałowej dekadzie jego krótkiego życia, kiedy zmagał się z postępującą głuchotą, do której z czasem dołączyły zawroty głowy, halucynacje i nagłe wybuchy gniewu – zdaniem Smetany, symptomy szaleństwa, które kilkakrotnie doprowadziły go na skraj samobójstwa. Mimo to, a może właśnie dlatego, ich pierwsze wspólne opery (Pocałunek i Tajemnica) były gorzko-słodkimi, pełnymi liryzmu komediami, w których często trudno odróżnić ironię od melancholii i fikcję od wątków autobiograficznych.

Fot. Marek Olbrzymek

Praca nad Czarcią ścianą przeciągnęła się jednak dłużej, między innymi przez spory co do charakteru samego dzieła. Krásnohorská sugerowała z początku coś w rodzaju opery romantycznej, łączącej wątek historyczny z ludową legendą o diable, który próbował udaremnić budowę klasztoru Vyšší Brod, ufundowanego przez Woka z Rożemberka w podzięce dla Matki Boskiej za wyratowanie go z nurtu Wełtawy. Smetanie zależało na lżejszym potraktowaniu tematu, na co Eliška przystała, ale dalsza współpraca szła im jak po grudzie. Ostatecznie Smetana usunął z libretta Krásnohorskiej mniej więcej jedną trzecią pierwotnego tekstu i zrobił rzecz po swojemu. Widocznie przed śmiercią chciał się jeszcze pośmiać i powzruszać.

Premierę w październiku 1882 roku, w nieistniejącym już Novym Českim Divadle w Pradze, przyjęto z umiarkowanym entuzjazmem. Drewniany gmach, użytkowany jako letnia siedziba Teatru Tymczasowego, nie dysponował ani zapleczem technicznym, ani zespołem wystarczająco utalentowanych realizatorów, żeby godnie wystawić operę o czartach, sennych majakach, burzy z piorunami i odwracaniu biegu Wełtawy (dość powiedzieć, że w przebraniu owiec wystąpiły odpowiednio przystrzyżone pudle). W partii diabła Raracha, pisanej z myślą o Karelu Čechu, wystąpił ostatecznie inny śpiewak, skutecznie burząc efekt łudzącego podobieństwa wysłannika piekieł do pustelnika Beneša. Mimo pochlebnych opinii o muzyce Czarcia ściana spadła z afisza po sześciu przedstawieniach. Pech prześladował ją także potem: spektakl w Pradze, 28 czerwca 1914 roku, przerwano na wieść o zamachu na arcyksięcia Ferdynanda. Ostatnia opera Smetany nie wyszła poza teatry czeskie i wciąż pozostaje jednym z najrzadziej wystawianych utworów scenicznych kompozytora. Na domiar złego po pewnym czasie przyczepiono jej łatkę dzieła schyłkowego, zdradzającego symptomy postępującej dezintegracji sił twórczych kompozytora.

W Brnie nie widziano Czarciej ściany blisko pół wieku. Teraz wróciła w inscenizacji tak imponującej bogactwem teatralnej wyobraźni, a zarazem nieodparcie zabawnej, że doprawdy nie wiem, od kogo zacząć pochwały. Zacznę więc nietypowo, od Dragana Stojčevskiego, który na prośbę reżysera Jiříego Heřmana zaprojektował scenografię nawiązującą wyłącznie do architektury budynków i wnętrz opactwa Vyšší Brod, uczynił z niej jednak równorzędnego bohatera narracji. Niby nie ma w niej ani zamku Rožmberk, ani pasterskiej chatki, ani urwiska nad brzegiem Wełtawy, ani nawet tytułowej czarciej ściany, czyli diabelskiej zapory na rzece – a przecież jest wszystko, w dekoracjach organizujących całą przestrzeń sceny, nieustannie przesuwanych, odwracanych, wabiących wzrok w dziwne zakamarki. Sen gnębionego pokusą Jarka przybiera postać orgii z paleniem zioła w klasztornej bibliotece, Katuška migdali się z ukochanym w wirydarzu, Wełtawa piętrzy się tuż za oknem kaplicy świętej Anny.

Fot. Marek Olbrzymek

Im bardziej w nas narastało poczucie absurdu, tym łatwiej było skleić narrację w przekonującą całość – a to za sprawą brawurowej roboty reżyserskiej Heřmana, który podszedł do Czarciej ściany z rozmachem godnym Salle le Peletier w czasach Meyerbeera. I z podobnym poczuciem humoru, jakie musiało cechować realizatorów efektów specjalnych we francuskich grand opéras. Heřman po mistrzowsku wykorzystuje efekt „obcości” pojedynczego detalu bądź rekwizytu – średniowieczny sztafaż (świetne kostiumy Zuzany Štefunkovej Rusínovej) zaburzy młody mnich w trampkach, kilka razy na scenę wjadą taczki z marketu budowlanego, a chłopki będą popychać grabiami całkiem współczesne, schludnie sprasowane bele słomy. Reżyser prowadzi też przekomiczną grę  z symbolami. Wielka obfitość ryb, łowionych w kanale orkiestrowym i pływających w spiętrzonej Wełtawie, na końcu zaś karp machający ogonem w objęciach gotyckiej rzeźby, przypominają dyskretnie (?), że Vyšší Brod jest opactwem cysterskim. Heraldyczna róża Rożemberków pojawia się w różnych kontekstach – między innymi w uroczystym entrée Voka Vítkovica w pełnej zbroi (nie opiszę tej sceny, bo jeśli ktoś ma zamiar się wybrać do Brna, popsuję mu całą zabawę).

Niektóre pomysły Heřmana są tak zwariowane, że czasem miałam wrażenie oglądania filmowej Arabeli na przemian z Czerwoną oberżą. Gdzie jednak trzeba liryzmu, grozy albo powagi, tam widz je odnajdzie. Na osobną wzmiankę zasługuje współpraca reżysera z choreografem Markiem Svobodníkiem, który wyposażył Raracha w świtę kościotrupów w czarno-białych kostiumach, poruszających się z upiornym wdziękiem tancerzy danse macabre (w scenach, gdzie Rarach nie paraduje w habicie Beneša, tylko jawi się jako czart-szkielet, śpiewak animuje przed sobą lalkę pustelnika). Dodajmy do tego świetnie rozegrane sceny zbiorowe, sugestywne projekcje Dominika Žižka i poprowadzoną przez samego Heřmana reżyserię świateł, a zyskamy produkcję, która uwiedzie każdego – od dziecka, które rodzice po raz pierwszy zaprowadzili do opery, aż po wybrednego melomana, który dotąd nie wierzył w moc dzieła Smetany.

Fot. Marek Olbrzymek

Bo po tym, co usłyszeliśmy w Brnie, nikt już się nie da przekonać, że to utwór schyłkowy. Pod pewną, a zarazem delikatną ręką Roberta Kružíka wybrzmiały nie tylko oczywiste aluzje do Wagnera i Liszta, lecz i niespodziewanie wyrafinowane, nowatorskie struktury harmoniczno-barwowe, kojarzone z późniejszą twórczością Dworzaka i Mahlera. Ale do tego potrzeba tak zdyscyplinowanej i czujnie reagującej orkiestry, nie wspominając już o fenomenalnym chórze brneńskiej opery, którego w każdym przedstawieniu nie mogę się nachwalić. W obsadzie solowej, na którą trafiłam miesiąc po premierze, największe wrażenie wywarł na mnie Pavel Švingr w roli Raracha – śpiewak obdarzony basem potężnym, a zarazem niezwykle urodziwym i bardzo muzykalnie prowadzonym. Na tym tle odrobinę zbladł występ dysponującego znacznie mniej wyrazistym głosem Davida Szendiucha w partii Beneša. Bardzo dobrze wypadł za to Roman Hoza – wzruszający i ludzki Vok Vítkovic, zaśpiewany miękkim, dobrze podpartym barytonem z przepiękną średnicą. Niezawodny Peter Berger świetnie sprawił się w tenorowej roli rycerza Jarka – w czym bez wątpienia pomogła mu sopranistka Lenka Máčiková – znakomita aktorsko Katuška o głosie jak żywe srebro. Podobnej swobody scenicznej zabrakło Romanie Kružíkovej, obdarzonej sopranem wystarczająco lekkim i dziewczęcym do partii Hedviki, którą połączy wzajemna miłość z Vokiem; nad interpretacją postaci musi jednak jeszcze popracować. W postać Záviša przekonująco wcieliła się Václava Krejčí Housková, obdarzona pewnym i chłodnym jak stal mezzosopranem, idealnym do tej spodenkowej roli. Na koniec brawa dla tenora Petra Levíčka w charakterystycznej, jakby żywcem wyjętej ze Śpiewaków norymberskich partii Michálka, zarządcy zamku i ojca Katuški.

W przyszłym roku Czarcia ściana zawita do Teatru Narodowego w Pradze, w ujęciu Ondřeja Havelki, pierwszego reżysera, dzięki któremu popłakałam się w operze ze śmiechu. Od tego czasu upłynęło ćwierć wieku i Havelka dorobił się mocnej konkurencji. Jeśli praska produkcja okaże się równie udana, Smetana umrze ze śmiechu w zaświatach.

Lament po Orfeuszu

I tak kończy się tegoroczny Actus Humanus Resurrectio. Jutro o 20.00 we Dworze Artusa ostatni koncert festiwalu – z udziałem dwóch kontratenorów, Tima Meada i Jamesa Halla, oraz Les Musiciens de Saint-Julien pod dyrekcją François Lazarevitcha. Transmisję dla tych, którzy akurat nie w Gdańsku, poprowadzi Klaudia Baranowska w radiowej Dwójce. Przybywajcie tłumnie!

***

W ostatnich miesiącach 1688 roku parlament angielski przeprowadził „chwalebną rewolucję”: odsunął od tronu Jakuba II i tym samym definitywnie rozprawił się z dynastią Stuartów. John Dryden, dwadzieścia lat wcześniej mianowany pierwszym oficjalnym Poetą-Laureatem, wypadł z łask dworu i stracił swój urząd. Szybko pogodził się z ujmą na honorze i w gruncie rzeczy odetchnął z ulgą. Zwolniony z obowiązku celebrowania mową wiązaną wszelkich królewskich rocznic i zwycięstw militarnych, zajął się tym, co lubił najbardziej: tłumaczeniem Horacego, Owidiusza, Lukrecjusza i Juwenalisa. Pięć lat później zabrał się za przekład dzieł wszystkich Wergiliusza, publikując kolejne owoce swojej pracy translatorskiej w subskrypcji, która ostatecznie przyniosła mu zysk w zawrotnej wysokości 1400 funtów szterlingów.

Miał już za sobą dekady doświadczeń w tej sztuce. W 1683 roku, w cytowanej dziś przez wszystkich teoretyków przedmowie do Listów Owidiusza, snuł rozważania nad rozmaitymi modelami przekładu poetyckiego: „Pierwszym jest metafraza, czyli kiedy się autora słowo za słowem, wers za wersem, z jednego języka na drugi przekłada. (…) Drugi sposób to parafraza lub przekład swobodny, gdzie tłumacz trzyma autora wciąż na widoku, by go nigdy nie stracić, ale nie tyle za jego słowami podąża, ile za sensem, a i ten, przyznać wypada, wzmocniony zostaje, choć nie zmieniony. (…) Trzeci sposób to imitacja, gdzie tłumacz (jeżeli tu jeszcze zachowuje to miano) taką przyznaje sobie wolność, iż od słów i sensu nie tylko odbiega, ale porzuca jedno i drugie tam, gdzie widzi taką możliwość, i jedynie ogólne czerpiąc z oryginału podpowiedzi, dowolne czyni wariacje” (cytat za tłumaczeniem Zofii Ziemann).

Godfrey Kneller: portret Johna Drydena, 1693. Ze zbiorów National Portrait Gallery w Londynie

Chodziły słuchy, że poza ukochaną sztuką przekładu Poeta-Laureat robił wszystko dla pieniędzy. Gdyby wziąć te słowa na wiarę, trzeba by było też uznać, że Dryden został najwybitniejszym angielskim dramatopisarzem epoki wyłącznie z chciwości. Że wdawał się w literackie spory tylko po to, by tym szybciej wypełnić sakiewkę. Że wychwalał muzyczny talent Henry’ego Purcella jedynie przez wzgląd na własne korzyści. A przecież to wszystko nieprawda. Dryden współpracował z Purcellem wielokrotnie. To im właśnie zawdzięczamy Króla Artura, bodaj największe arcydzieło specyficznie angielskiej dramatic opera, zwanej też semi-operą. To owocem ich wspólnego geniuszu jest Music for a while, mroczny pean na cześć potęgi muzyki z maski w III akcie tragedii Oedipus, luźno opartej na sztuce Sofoklesa. Dryden podziwiał brytyjskiego Orfeusza przede wszystkim za to, że jego twórczość nie naruszała przekazu słowa, tworzyła dlań przestrzeń odrębną, w którym tekst mógł wzajemnie dopełniać się z muzyką – na podobnej zasadzie, na jakiej język źródłowy dopełnia się w wybitnych przekładach z językiem docelowym: dowolne czyniąc wariacje, nie przestając jednak podążać za sensem.

Ich współpraca nie zawsze przebiegała gładko. Obaj jednak zdawali sobie sprawę, że działają poniekąd w próżni, próbując stworzyć angielski ekwiwalent formy, która zdążyła już okrzepnąć w innych częściach Europy. „Poezja i malarstwo sięgnęły już w naszym kraju doskonałości”, pisał Dryden do Purcella. „Muzyka wciąż jest w powijakach. Uczy się włoskiego, który jest dla niej największym mistrzem, czerpie też nieco z francuszczyzny, niosącej aurę świeżości i powabu. Anglia jest jednak dalej od słońca i przyjdzie nam odrobinę dłużej poczekać, aż owoc dojrzeje”.

Strona tytułowa An Ode on the Death of Mr Henry Purcell

Nie zdążył dojrzeć. Zwiądł wraz z przedwczesną śmiercią Purcella, choć kompozytor zostawił potomnym bogaty materiał do naśladowania – Dydonę i Eneasza, kilka semi-oper, nie tylko do tekstów Drydena, muzykę do kilkudziesięciu sztuk dramatycznych. Ostateczny cios raczkującej formie zadała ustawa licencyjna z 1737 roku, wprowadzająca skuteczną cenzurę „wszelkich interludiów, tragedii, komedii, oper, fars i innych widowisk teatralnych”.

Zanim jednak do tego doszło, Anglia pogrążyła się w żałobie po Purcellu. Muzyczne elegie na jego śmierć wyszły spod pióra wielu prominentnych twórców, między innymi Jeremiaha Clarke’a i Gottfrieda Fingera. Najintymniejszy, a zarazem najgłębiej przemyślany hołd złożyli mu jednak Dryden oraz John Blow, nauczyciel i bliski przyjaciel kompozytora – w postaci An Ode on the Death of Mr. Henry Purcell na dwa kontratenory (co w ówczesnej praktyce wykonawczej oznaczało zapewne dwa wysokie tenory), dwa „żałobne” flety proste i basso continuo.

Trudno doprawdy rozstrzygnąć, co w tym utworze wzbudza większy podziw: deklamacyjne partie solowe oraz pełne ekspresji duety, prowadzone przez Blowa w wyrafinowanym kontrapunkcie na tle oszczędnego akompaniamentu, czy wiersz Drydena, w którym poeta opisał Purcella słowną imitacją jego technik kompozytorskich. W każdym wersie pojawia się inny schemat metrum, typowy dla klasycznej poezji pentametr jambiczny przeplata się swobodnie z dymetrem i trymetrem. Równie nieregularny jest układ rymów: w kilku wersach występują też rymy wewnętrzne. Zdarzają się melodyjne powtórzenia („and listening and silent, and silent and listening, and listening and silent”), skądinąd brawurowo wykorzystane przez Blowa na planie harmonicznym, o ile twórcy nie współpracowali ze sobą ściśle od początku prac nad utworem.

François Lazarevitch. Fot. Sandrine Expilly

Ostatnie dwa wiersze ody brzmią jednak dziwnie proroczo. Skoro bogom wystarczą Purcellowskie ballady i nic nie wskazuje, by chcieli zmienić zdanie w tej kwestii, być może Dryden przewidział, że ścięta mrozem siewka angielskiej opery wyda dojrzałe owoce dopiero w czasach Brittena.

Accende lumen sensibus

Drodzy moi, jeśli dobrze liczę, spotykamy się na tej stronie przed Wielkanocą po raz dwunasty. Wiosna już przyszła, nowy świat się wciąż rodzi, więc daruję sobie napomnienia, ile od nas zależy, żeby okazał się mniej przerażający, niż teraz nam się wydaje. Jedno jest pewne – na zmierzch opery się nie zanosi i muzyka wciąż jest potrzebna. Cieszmy się nią jak dzieci i nie zaniedbujmy innych radości. Sezon upiorny zaplanowany co najmniej do końca listopada, a w ostatnich dniach udało mi się do niego dołożyć kilka wydarzeń niespodzianych, którymi wkrótce się z Państwem podzielę. Tymczasem dzielę się wielkanocnym jajkiem, a właściwie kraszanką, ozdobioną starym bałkańskim sposobem żywymi listkami ziół, które odciskają na skorupkach wzór równie barwny i zaskakujący, jak najpiękniej zaśpiewana aria da capo. Serca wyzwólmy z więzów nicości, jak powiedział Goethe, a ja powtórzę za nim, życząc Państwu tyle dobrego, ile Państwo sami sobie życzą. I przy okazji dziękując za całe dobro, jakim obdarzyli mnie moi Czytelnicy.

Muzyk z przepięknej równiny

W Wielką Sobotę, 4 kwietnia, szykuje się jeden z najciekawszych koncertów wiosennej odsłony festiwalu Actus Humanus. O godzinie 20.00 we Dworze Artusa wystąpi zespół Odhecaton pod dyrekcją Paola Da Col, w programie złożonym z utworów Paola Aretina. Kto nie dotrze, niech koniecznie posłucha transmisji w radiowej Dwójce, którą poprowadzi Magdalena Łoś. Przybywajcie tłumnie!

***

Podczas swej pierwszej włoskiej podróży Goethe dotarł do Arezzo późną jesienią – w porze winobrań, zbiorów oliwek i aromatycznych białych trufli, kiedy drzewa zaczynają się złocić, a na polach kiełkuje soczyście zielona ozimina. Być może dlatego na kartach dziennika jego wędrówki opis miasta blednie w porównaniu z literackim obrazem rolniczej Toskanii. „Chłopi orzą tu głęboko, ale wciąż po staremu. Pługi nie mają kół, a lemiesze są nieruchome. Chłop kroczy zgarbiony za swymi wołami, przyciska pług i ryje ziemię. Orzą do pięciu razy rocznie. (…) Potem sieją pszenicę i usypują wąskie groble, między nimi zaś powstają głębokie bruzdy, którymi spływa woda deszczowa. Zboże rośnie na groblach, a chłopi plewiąc chodzą po bruzdach. Taka metoda byłaby zrozumiała tam, gdzie należy się obawiać zbytecznej wilgoci, nie pojmuję jednak, dlaczego to robią w tym cudownym klimacie. Zrobiłem to spostrzeżenie pod Arezzo, gdzie zaczyna się przepiękna równina. Tak czystego pola jeszcze nigdzie nie widziałem; ani śladu grudy, ziemia jak przesiana przez sito. Pszenica udaje się tu bardzo dobrze, ma idealne warunki. Co drugi rok sadzą fasolę dla koni, którym tu nie daje się owsa. Sieją także łubin, który już ładnie się zazielenił i w marcu będzie dojrzewał. Wyszedł już len; przezimuje na wierzchu, bo mróz go wzmocni” (tutaj w przekładzie Henryka Krzeczkowskiego).

Obyczaj uprawy zbóż na groblach został toskańskim chłopom z czasów przed osuszeniem bagien w dolinie Valdichiana. Wcześniej pejzaże okolic Arezzo były jeszcze bogatsze w kolory, zachody słońca jeszcze bardziej intensywne, kontrasty pór roku wyrazistsze. A jednak Goethego zachwyciły przede wszystkim czyste pola, nie zaś samo miasto. Istotnie, okres największej świetności Arezzo miało już dawno za sobą. Powolny upadek niegdysiejszej wolnej komuny miejskiej i jednego z ważniejszych przyczółków stronnictwa gibelinów, zwolenników władzy Świętego Cesarstwa Rzymskiego – zaczął się w XV wieku. Ostatni bastion walki z papiestwem padł w 1384 roku, straciwszy niezależność na rzecz znienawidzonej Florencji.

„Przepiękna równina” i wznoszące się nad nią miasto nie przestały być jednak ostoją natchnionych artystów i wybitnych pisarzy. Potęga kulturowa regionu utrzymała się znacznie dłużej niż bogactwo i wpływy polityczne rządzących nim elit. W mieście Gwidona z Arezzo i Petrarki spędził większość życia Piero della Francesca. Tutaj Bartolomeo di ser Gorello spisał wierszem pierwszą kronikę Arezzo. W pobliskiej wiosce przyszedł na świat Michał Anioł. Tutaj urodził się Giorgio Vasari, autor Żywotów najsłynniejszych malarzy, rzeźbiarzy i architektów. Stąd pochodził Pietro Bacci zwany Aretino, syn miejscowego szewca, bezkompromisowy satyryk, „bicz na książęta” i twórca skandalizujących Żywotów kurtyzan.

Giotto di Bondone (?), Wypędzenie demonów z Arezzo, 1297-99. Fresk z górnego kościoła Bazyliki św. Franciszka w Asyżu

Dorobek wielu innych aretyńczyków poszedł w zapomnienie. Paolo Aretino zajmuje wśród nich pozycję szczególną – jego kompozycje znalazły się w orbicie zainteresowań specjalistów już z górą sto lat temu, ale dopiero niedawno doceniono ich wartość. Pionierskie wysiłki Francesca Coradiniego, księdza, śpiewaka kościelnego i muzykologa, rodowitego mieszkańca Arezzo, uznawano za nieszkodliwe dziwactwo prowincjusza, który próbuje na siłę wynieść do sławy swojego krajana sprzed wieków. W 1920 roku Coradini został maestro di cappella w katedrze w Arezzo i zainaugurował nową Schola Cantorum Paolo Aretino, włączając jej działalność w cecyliański ruch odnowy muzyki liturgicznej. Cztery lata później zaczął publikować cykl przyczynków do biografii Aretina na łamach „Note d’archivio per la storia musicale”. Jego entuzjazm nie udzielił się jednak kolegom po fachu. Alfred Einstein nazwał twórczość Aretina „zaściankową” i niegodną uwagi, zniechęcając muzykologów do dalszych badań nad jego spuścizną. Kolejne próby przywrócenia jej do obiegu wykonawczego podjęto dopiero w ostatniej dekadzie XX wieku, znów przy walnym udziale muzyków z Arezzo.

Kościół Santa Maria della Pieve w Arezzo. Fot. sailko

A przecież z zebranych przez Coradiniego informacji biograficznych wynika niezbicie, że Aretino cieszył się za życia wielkim uznaniem. Naprawdę nazywał się Paolo Antonio del Bivi. Nie znamy dokładnej daty jego narodzin, został jednak ochrzczony 1 marca 1508 roku, w kościele Santa Maria della Pieve, w którego archiwach figuruje jako nauczyciel śpiewu co najmniej od 1530 roku – ze stałą pensją w twardej, aczkolwiek dość osobliwej walucie, czyli miarkach zboża (pracę młodego śpiewaka wyceniono na ponad pół tony ziarna rocznie). Trzy lata później dostał analogiczną posadę w katedrze dei Santo Donato e Pietro, gdzie w 1538 roku dostał posadę maestro di cappella. W roku 1544 zbiedniała kapituła katedralna musiała zrezygnować z jego usług; Aretino wrócił do Santa Maria della Pieve w randze kanonika i pozostał tam aż do śmierci w 1584 roku.

Zachowana twórczość Aretina, zwanego przez współczesnych „nowym Orfeuszem” i „klejnotem Arezzo”, obejmuje dwie księgi madrygałów oraz muzykę religijną, w tym trzy tomy kompozycji na Wielki Tydzień. Z wyjątkiem Pasji Janowej, jedynego utworu, który dotrwał do naszych czasów w rękopisie, wszystkie pozostałe znamy wyłącznie z druków. Wyjątkową pozycję w dorobku Aretina zajmują dwa zbiory na Triduum Paschalne: Sacra Responsoria tum Natali Domini, tum Iovis, Veneris, ac Sabbati Sancti diebus dici solita, opublikowane w 1544 roku, oraz wydane pięć lat później Piae, ac devotissimae Lamentationes Hieremiae prophetae – warto podkreślić, że obydwa w roku 1563 wznowione, co było wówczas ewenementem. Aretino wyraźnie nawiązuje w tych utworach do zapoczątkowanej w końcu XV wieku florenckiej tradycji liturgicznej, w której stosowano polifonię zarówno w odniesieniu do lamentacji, jak i responsoriów. Pod pewnymi względami wybiega w nich jednak w przyszłość, jakby przewidując późniejsze zalecenia Soboru Trydenckiego: surowy, deklamacyjny styl czterogłosowych kompozycji a voci pari, przewaga odcinków homorytmicznych i bardzo oszczędne, a przez to tym bardziej dobitne stosowanie zmian chromatycznych i dysonansów wskazują na dążenie do pełnej zrozumiałości tekstu, a zarazem jego swoistej interpretacji przez muzykę. Pozorna prostota tych opracowań okazuje się szczytem wyrafinowania: Ciemne Jutrznie Aretina są jak muzyczne czarne dziury, w przeciwieństwie do gęstej polifonii imitacyjnej pozbawione jakichkolwiek rozbłysków światła.

Paolo Da Col. Fot. Marco Caselli Nirmal

Albo jak pogrążające się w coraz głębszym kryzysie Arezzo, nad którym znów – jak w przypowieści o świętym Franciszku – fruwały radośnie chmary szatanów.

Belcanto na Wielki Tydzień

Przed nami kolejny wieczór z Accademia Bizantina – tym razem na festiwalu Actus Humanus. Już jutro, 3 kwietnia, o godzinie 20.00 we Dworze Artusa, zespół pod dyrekcją Ottavia Dantonego wystąpi w utworach Pegolesiego i Porpory, z udziałem Suzanne Jerosme (sopran) i Delphine Galou (alt). Przybywajcie tłumnie!

***

Gruźlica jest stara jak świat. Siała spustoszenie większe niż wojny, a mimo to nie wzbudzała popłochu. Ludzie panicznie bali się ospy i czarnej śmierci – dwóch plag, które uderzały znienacka, „od Boga za liczne grzechy i przestępstwa zesłane”, a potem równie nagle ustępowały, zostawiając za sobą przetrzebione wioski, zdziesiątkowane miasta i stosy trupów. Tymczasem gruźlica czaiła się wszędzie i zawsze. Wyniszczała organizm stopniowo, czasem przez dziesiątki lat. Lekarze nie umieli jej w porę rozpoznać, zwłaszcza że występowała pod wieloma postaciami, które wielu medyków uważało za odrębne, nijak ze sobą niepowiązane schorzenia. Jeśli pacjent kasłał, pluł krwią, gorączkował i gwałtownie tracił na wadze, rozpoznawano u niego suchoty. Jeśli był „spuchły i wrzodliwy” – jak opisywał tę przypadłość Malkolm w Szekspirowskim Makbecie – uznawano, że cierpi na skrofuły, zwane inaczej królewską niemocą, bo za najskuteczniejszy lek przeciwko gruźlicy węzłów chłonnych uchodził dotyk władcy. Jeśli głównym objawem schorzenia były zmiany skórne, nazywano je wilkiem. Gruźlicę innych narządów niż płuca nagminnie mylono z nowotworami. Polski lekarz i przyrodnik Jędrzej Śniadecki jeszcze na początku XIX wieku nie mógł się nadziwić, dlaczego Turcy mają suchoty „za chorobę bardzo zaraźliwą i (…) daleko się ich więcej lękają niż morowej zarazy”. Kiedy pewien młody angielski medyk nazwiskiem Benjamin Marten wysunął w 1720 roku hipotezę, że przyczyną suchot są jakieś tajemnicze, niewidoczne gołym okiem żyjątka, a choroba może być zaraźliwa, został gromko wyśmiany.

Pergolesi urodził się dziesięć lat wcześniej w Jesi, w prowincji Ankona. Naprawdę nazywał się Giovanni Battista Draghi – swój przydomek zawdzięczał pobliskiej miejscowości Pergola, skąd wywodzili się jego przodkowie. Wiele wskazuje, że gruźlica prześladowała rodzinę Draghich od pokoleń. Troje rodzeństwa małego Giovanniego zmarło w niemowlęctwie. On sam otrzymał bierzmowanie w wieku niespełna roku – być może przez zapobiegliwość dotkniętych tyloma nieszczęściami rodziców, być może dlatego, że chłopiec przyszedł na świat już chory. Do naszych czasów dotrwał tylko jeden wizerunek kompozytora sporządzony za jego życia – szkic, a właściwie karykatura autorstwa włoskiego artysty Piera Leone Ghezziego, na której Pergolesi ma dziwnie opuchniętą twarz, a lewą nogę krótszą i z objawami zaniku mięśni, co skłoniło późniejszych historyków do podejrzeń, że cierpiał też wskutek powikłań po przebytym w dzieciństwie polio.

Achille Viannelli, klasztor franciszkanów w Pozzuoli, rysunek węglem, 1825. Ze zbiorów Museo di San Martino w Neapolu

Nie ulega jednak wątpliwości, że całe jego krótkie życie było naznaczone uporczywym bólem i przeczuciem zbliżającej się śmierci. Tym większy podziw wzbudza determinacja, z jaką kształcił się w muzycznym fachu i wspinał mozolnie po szczeblach kompozytorskiej kariery. Pierwsze nauki odebrał jeszcze w Jesi – u Francesca Santiego, chórmistrza miejscowej katedry, oraz u skrzypka Francesca Mondiniego. Później, dzięki ojcowskim koneksjom, zawarł kilka cennych znajomości w kręgach tamtejszej arystokracji. Markiz Cardolo Maria Pianetti, architekt na dworze Karola VI Habsburga, zapewnił mu dalsze studia w Conservatorio dei Poveri di Gesù Cristo w Neapolu.

Pergolesi zaczął odnosić pierwsze sukcesy i przeżywać pierwsze rozczarowania, ledwie przekroczył dwudziestkę. Po dobrze przyjętej operze La Salustia i całkiem udanej komedii Lo frate ‘nnamorato do libretta w dialekcie neapolitańskim ani się spodziewał, że Il prigionier superbo, trzyaktowa opera seria, która miała stać się symbolem wskrzeszenia scen w Neapolu po katastrofalnym trzęsieniu ziemi, spotka się w 1733 roku z chłodną reakcją publiczności – w przeciwieństwie do uroczego intermezza La serva padrona, które z czasem miało podbić całą Europę. Dwa lata później zdążył się jeszcze nacieszyć tryumfem opery buffa Il Flaminio w Teatro Nuovo, ale był już zbyt słaby, by wywiązać się z wszystkich zaległych zobowiązań wobec patronów.

Życie uchodziło z niego coraz szybciej. Kończyły się też pieniądze. W styczniu 1736 roku Pergolesi zamieszkał w klasztorze franciszkanów w pobliskim Pozzuoli, gdzie powstały jego ostatnie kompozycje, wśród nich Stabat Mater, pisane na zamówienie neapolitańskiej konfraterni Cavalieri della Vergine dei Dolori di San Luigi al Palazzo, która chciała zastąpić „przestarzałe” opracowanie Alessandra Scarlattiego nowym utworem na swój użytek. Pergolesi załatwiał w pośpiechu swoje doczesne sprawy. Stworzył dzieło niezwykle intymne – także z uwagi na niewielki skład wykonawczy (dwa głosy solowe, dwoje skrzypiec, altówka i basso continuo) – a przy tym zaskakująco operowe w stylu, zniewalające urodą barw i bogactwem nastrojów: od początkowego Grave, które Rousseau określił mianem „najdoskonalszego i najbardziej wzruszającego duetu, jaki wyszedł do tej pory spod pióra jakiegokolwiek kompozytora”; przez wielki duet „Quis est homo”, który w pewnym momencie rozwija się w najprawdziwszą cabalettę; aż po finałowe Amen, mimo lekkości faktury zmyślnie „udające” podwójną fugę. Są w tej muzyce rozpacz i łzy, ale też dziwna jasność, wręcz radość z pociechy niesionej Matce pod krzyżem. Maryjny maj jednak nie nadszedł. Pergolesi zmarł w połowie marca 1736 roku i spoczął na klasztornym cmentarzu.

Jego muzyczny pogrobowiec okazał się dzieckiem bardzo żywotnym. Zwiastujące epokę nowej wrażliwości Stabat Mater – mimo niechęci konserwatystów, którzy usłyszeli w nim operę komiczną przebraną w szaty utworu religijnego – wzbudziło zachwyt rzeszy kompozytorów, którzy zaczęli przerabiać je na własną modłę. Bach stworzył na jego kanwie cantata parodia do tekstu niemieckiej rymowanej parafrazy Psalmu 51. Paisiello i Salieri rozbudowali po swojemu zespół instrumentalny. Na przełomie XIX i XX wieku dzieło zaczęto wykonywać w stylu późnoromantycznych oratoriów z wielką orkiestrą i chórem. Popularność Stabat Mater przyczyniła się do nagłego wysypu utworów przypisywanych Pergolesiemu, których autorstwo kwestionowano dopiero z czasem. Nikt jednak nie wątpi w autentyczność Koncertu skrzypcowego B-dur, którego części skrajne kryją już w sobie zapowiedź wczesnego klasycyzmu, ale środkowe, melancholijne Siciliano wskazuje nieomylnie na inspirację stylem opery neapolitańskiej.

Wnętrze kościoła Santissima Trinità dei Pellegrini. Fot. Giuseppe Guida

Jednym z jej największych mistrzów był Nicola Porpora. Urodził się niemal ćwierć wieku przed Pergolesim, umarł przeszło trzydzieści lat po nim. W ciągu długiego życia próbował ze zmiennym szczęściem zbudować swą renomę poza granicami Italii. Wrócił do Neapolu w 1759 roku – bez grosza przy duszy, boleśnie świadomy, że jego muzyka dawno wyszła z mody, tak schorowany, że nie miał już siły przyjmować uczniów. Zapewne w tym czasie powstały Lezioni per il Mercoledì Santo, pisane dla kościoła Santissima Trinità dei Pellegrini, docenione przez współczesnych nie ze względu na rzemiosło starego kompozytora, tylko na renomę pierwszych wykonawców: kastrata Caffarellego i obdarzonego niezwykle rozległą skalą tenora Antona Raaffa.

Ottavio Dantone. Fot. in the headroom GmbH

Piękno muzyki religijnej Porpory odkrywamy dopiero dziś. Stary mistrz miał mniej szczęścia niż Pergolesi. A jednak coś ich łączy: twórczość obydwu jest doskonałym narzędziem ukazania walorów ludzkiego głosu, esencją neapolitańskiego belcanta, brzmienia miasta, w którym – jak pisał Henry James – „z oplecionych w słomiane koszyki gąsiorów purpurowego wina płynie trunek dla wszystkich spragnionych”.

Skarb zakrystiana

Mili moi, jutro, a właściwie już dziś, 2 kwietnia (dopiero wróciłam z podróży), kolejny niezmiernie ciekawy koncert gdańskiego festiwalu Actus Humanus Resurrectio. We Dworze Artusa, o godzinie 20.00, wystąpi zespół Tallis Scholars pod dyrekcją Petera Phillipsa, w programie złożonym z utworów Juana Esquivela de Barahona, Dominique’a Phinota, Bartomeu Càrceresa i Giovanniego Pierluigiego da Palestrina. Kto nie dotrze, będzie mógł liczyć na transmisję w radiowej Dwójce, którą poprowadzi Magdalena Łoś. Przybywajcie tłumnie!

***

W eseju podróżniczym Hemingwaya Śmierć po południu można znaleźć opis, a właściwie wyznanie miłosne do andaluzyjskiego miasta Ronda: „Tam powinniście się udać, jeżeli kiedyś pojedziecie do Hiszpanii w podróż poślubną albo na wypad z kimś. Całe miasto i wszystko jak okiem sięgnąć w którymkolwiek kierunku wygląda romantycznie i jest tam hotel tak wygodny, tak dobrze prowadzony, w którym jada się tak smacznie i zwykle bywa w nocy chłodny powiew, że jeśli przy tym romantycznym tle i nowoczesnym komforcie podróż poślubna lub wypad nie będą udane w Rondzie, to równie dobrze możecie ruszyć do Paryża i oboje zacząć nawiązywać znajomości na własną rękę”.

Żeby zrozumieć wagę i kontekst odkrycia zapomnianej twórczości Juana Esquivela de Barahona akurat w tej miejscowości, którą Hemingway uważał za jedną z najbardziej malowniczych nie tylko w Hiszpanii, ale na całym świecie (i zapewne miał rację), warto wiedzieć, że Ronda stoi „na płaskowyżu w kręgu gór, a ten płaskowyż przecina wąwóz, który rozdziela obydwie części miasta i kończy się skarpą spadającą prosto do rzeki i równiny w dole, gdzie widzi się pył wzbijany przez zaprzęgi mułów na drodze” (wszystkie cytaty w przekładzie Bronisława Zielińskiego). W końcu XVIII wieku nad tą zawrotną przepaścią wzniesiono potężną konstrukcję spinającą krawędzie części mauretańskiej La Ciudad, i chrześcijańskiej, zwanej El Mercadillo. W czasie hiszpańskiej wojny domowej Ronda stała się ponurym symbolem brutalności po obu stronach konfliktu – przede wszystkim z powodu masowych egzekucji przeprowadzanych na moście ponad wąwozem rzeki El Tejo. Według niektórych szacunków z Puente Nuevo strącono około pięciu tysięcy osób. Ofiarą padali głównie duchowni oraz zwolennicy generała Franco. Do jednej z takich masakr Hemingway – sam zdeklarowany antyfaszysta – odniósł się w innej ze swoich książek. Wstrząsający opis mordu w dziesiątym rozdziale powieści Komu bije dzwon jednoznacznie wskazuje na inspirację wydarzeniami z 1936 roku, kiedy z rąk republikanów zginęło ponad pół tysiąca bezbronnych ludzi, zatłuczonych na śmierć lub strąconych w przepaść.

Panorama Rondy. Fot. Tesla Delacroix

Niecałe czterdzieści lat później, w roku 1973, do przepięknej Rondy dotarł amerykański muzykolog Robert J. Snow, wychowanek dwóch legendarnych specjalistów od muzyki dawnej: Williego Apela, autora przełomowej publikacji The Notation of Polyphonic Music 900–1600, pod którego okiem zrobił dyplom na Uniwersytecie Indiany w Bloomington, oraz Dragana Plamenaca, wydawcy utworów Johannesa Ockeghema, który był promotorem jego pracy doktorskiej na Uniwersytecie Illinois w Urbanie. Snow sam był już wtedy uznanym badaczem i wykładowcą akademickim, zajmującym się głównie muzyką religijną Półwyspu Iberyjskiego i Ameryki Łacińskiej z przełomu XVI i XVII wieku.

W Rondzie muzykolog zawarł znajomość z zakrystianem jednego z najważniejszych kościołów miasta, przerobionej z dawnego meczetu kolegiaty Santa María de la Encarnación, przez miejscową ludność nazywanej dumnie „katedrą”. Zakrystian, ośmielony rozległą wiedzą amerykańskiego gościa, pokazał mu schowek, gdzie w czasie wojny domowej ukrył kilka śpiewników, chcąc je ochronić przed niszczycielskim zapałem rozjuszonego tłumu. Wśród ksiąg niewielkiej wartości Snow odkrył prawdziwy skarb: opasłą kolekcję dzieł Juana Esquivela, wydaną w 1613 roku, obejmującą między innymi psalmy, trzydzieści hymnów, szesnaście opracowań Magnificat, Te Deum, antyfony maryjne, oraz sześć nieopublikowanych wcześniej mszy, nie licząc Missa pro defunctis wraz z psalmami responsoryjnymi.

Było to naprawdę bezcenne znalezisko. Muzyka jednego z najpłodniejszych i najwyżej cenionych kompozytorów Złotego Wieku Hiszpanii popadła w niemal całkowite zapomnienie. Zachowały się wprawdzie poprzednie dwa zbiory wydane za życia Esquivela, niemniej druk z 1613 roku, liczący blisko sześćset stron, okazał się białym krukiem i wreszcie rozbudził zainteresowanie jego spuścizną.

Domniemany portret Juana Esquivela de Barahona. Drzeworyt ze strony tytułowej Missarum liber primus, 1608

Juan Esquivel de Barahona – bo tak brzmi jego pełne nazwisko, zgodnie z hiszpańską tradycją łączące nazwisko odziedziczone po ojcu z nazwiskiem panieńskim matki – urodził się około roku 1560 w Ciudad Rodrigo w prowincji Salamanka i w wieku ośmiu lat został mozo de coro, czyli chłopięcym chórzystą w tamtejszej katedrze. Przez pewien czas pobierał nauki u Juana Navarro; poza tym niewiele wiadomo o jego wczesnej edukacji. W roku 1581 dostał posadę maestro di capilla w Oviedo, później objął podobne stanowisko w katedrze w Calahorra. W 1591 roku wrócił do rodzinnego miasta i działał tam jako chórmistrz aż do śmierci w latach dwudziestych następnego stulecia, podpisując się jako Ioannis Esquivel Civitatensis, obywatel Ciudad Rodrigo.

Pisał wyłącznie muzykę religijną, w dużej mierze inspirowaną twórczością Cristóbala de Moralesa, ale noszącą też znamiona późniejszego stylu Francisca Guerrero i Juana Navarro. Próbował pogodzić tradycję XVI-wiecznej polifonii hiszpańskiej z potrydencką surowością i prostotą harmoniczną stile osservato, którego wzorzec ustanowił Giovanni Pierluigi da Palestrina. Trzymał się jednak lokalnych wariantów melodii chorałowych, nie wzdragał się przed użyciem chromatyzmów, nie zawsze też przestrzegał stosowanych przez Palestrinę zasad ścisłego kontrapunktu. Tworzył kompozycje kunsztowne, niemniej ściśle osadzone w społecznym i religijnym kontekście ówczesnej Hiszpanii.

Peter Phillips. Fot. Bernhard Holub

Od pamiętnego odkrycia w Rondzie minęło już ponad pół wieku, wciąż jednak niewiele utworów Esquivela doczekało się wydań krytycznych. Zapewne dlatego trudną misję odnowy pamięci o mistrzu z Ciudad Rodrigo prowadzą doświadczeni specjaliści w dziedzinie wykonawstwa późnorenesansowej polifonii hiszpańskiej, często ukazując jego dorobek na szerszym tle historycznym. Peter Phillips zestawił pięciogłosową Missa pro defunctis z dwoma sześciogłosowymi opracowaniami Lamentacji Jeremiasza – Dominique’a Phinota, przedstawiciela czwartej, przedostatniej generacji szkoły franko-flamandzkiej i jednego z prekursorów techniki polichóralnej; oraz młodszego niemal o pokolenie Palestriny, który na wczesnym etapie kariery mógł czerpać inspirację z jego twórczości – uzupełniając je motetem responsoryjnym Bartomeu Càrceresa, Katalończyka starszego od Esquivela o lat piętnaście.

Niewykluczone, że Esquivel znał muzykę ich wszystkich. Trudno opędzić się od natrętnej myśli, że najpełniejsza kolekcja jego dzieł zachowała się w Rondzie właśnie dlatego, że nawet miejscowy styl w walce byków – escuela rondeña – był „spokojny, z ograniczonym repertuarem, prosty, klasyczny i tragiczny”. Gdyby wyrwać z kontekstu ten cytat ze Śmierci po południu, można by pomyśleć, że Hemingway opisuje w nim styl Juana Esquivela de Barahona.

Młody Bach kłania się starym mistrzom

Szanowni Państwo, już jutro, 1 kwietnia, rozpocznie się w Gdańsku kolejny festiwal Actus Humanus Resurrectio. Na oficjalnej inauguracji w Centrum św. Jana (początek o 20.00) wystąpi Ensemble Correspondances, prowadzony od pozytywu przez Sébastiena Daucégo, w programie złożonym z wczesnych kantat Jana Sebastiana Bacha. Jak zwykle przygotowałam eseje na każdy koncert festiwalu, jak zwykle będę Państwu anonsować część wydarzeń na bieżąco, pozostałe zaś przypominać po zakończeniu AHR 2026. Kto nie dotrze na miejsce, będzie mógł wysłuchać transmisji w radiowej Dwójce. Przybywajcie tłumnie!

***

Albert Schweitzer, alzacki polihistor i autor wydanej w 1908 roku monografii Bacha, pisał w niej z uwielbieniem o Gottes Zeit ist die allerbeste Zeit BWV 106, przyznając, że bez namysłu poświęciłby dwieście kantat kościelnych Lipskiego Kantora w zamian za sto dzieł formatu Actus Tragicus. Jeśli nawet nie ma w tym stwierdzeniu przesady (co prawdopodobne), i tak zadziwia pewność, z jaką Schweitzer tak wysoko ocenił utwór, który wyszedł spod pióra zaledwie dwudziestokilkuletniego kompozytora. Być może zaważyły na tym jego osobiste preferencje: Schweitzer zdecydowanie przedkładał ożywiony dialog solistów z chórem, charakterystyczny dla wczesnych kantat Jana Sebastiana, nad rzekomą rozwlekłość recytatywów i wybujałość arii da capo w jego dojrzałej twórczości kantatowej. Niewykluczone też, że próbował zamknąć toczącą się od blisko osiemdziesięciu lat dyskusję nad tym niezwykłym dziełem, które wciąż nie chce odsłonić wszystkich swoich tajemnic.

Nie przetrwał żaden, choćby fragmentaryczny autograf BWV 106. Na szczęście utwór zachował się w kilku odpisach, z których najstarszy, sporządzony być może przez Christiana Friedricha Penzla, ucznia Bacha, pochodzi z 1768 roku i został opatrzony adnotacją Actus Tragicus, traktowaną odtąd jako alternatywny tytuł, choć w istocie jest określeniem gatunkowym luterańskiej kantaty liturgicznej na tematy związane ze śmiercią. Nad datowaniem dzieła, a poniekąd też kwestią jego autorstwa, zastanawiał się już Felix Mendelssohn. W roku 1835 pisał w liście do ojca, że kantata „musi być albo bardzo wczesna, albo bardzo późna, pod względem stylu różni się bowiem diametralnie od tych, które powstały w średnim okresie życia Bacha; nigdy nie pomyślałbym, że chór początkowy i ostatni są dziełem Jana Sebastiana, jeśli już, to innego kompozytora z epoki. Z drugiej jednak strony nikt inny na świecie nie potrafiłby stworzyć muzyki, która wypełnia środkową część dzieła”. Moritz Hauptmann, od 1842 roku kantor Thomasschule w Lipsku, zachwycał się nieodpartym pięknem utworu, nie mogąc zarazem przejść do porządku dziennego nad „dziwaczną potwornością jego struktury muzycznej, w której frazy piętrzą się jedna na drugiej, wrastają w siebie nawzajem, nie tworząc żadnych wyodrębnionych grup ani kulminacji”. Dopiero w końcu XIX wieku zaczęto postrzegać Actus Tragicus jako swoistą rekapitulację „dawnego stylu”, w której Bach odwołał się między innymi do twórczości Buxtehudego i Pachelbela, ale też własnych wyobrażeń o polifonii renesansowej. Symbolicznie zderzył „stary” kontrapunkt z „nowoczesnym” stylem monodycznym. Starotestamentową wizję śmierci przeciwstawił nowotestamentowej obietnicy zbawienia.

Wnętrze Marienkirche w Mühlhausen. Fot. Erwin Meier

Schweitzer już wiedział, że to dzieło wczesne, ale badacze do dziś spierają się o dokładną datę powstania i przeznaczenie kantaty BWV 106. Actus Tragicus z pewnością został skomponowany między 1706 a 1709 rokiem. Kiedyś sądzono, że z myślą o nabożeństwie żałobnym któregoś z krewnych Bacha, być może wuja Tobiasa Lämmerhirta; łączono też utwór z pogrzebem córki pastora kościoła Divi Blasii w Mühlhausen. Obecnie przeważa pogląd, że kantata powstała na uroczystości pogrzebowe burmistrza Adolpha Streckera, które odbyły się 16 września 1707 roku. Wciąż jednak brakuje dowodu na ostateczne potwierdzenie tej hipotezy. Nigdy nie było wątpliwości, że tekst utworu jest kompilacją ustępów ze Starego i Nowego Testamentu, uzupełnionych dokonaną przez Lutra parafrazą Kantyku Symeona oraz chorałem niemieckiego mistyka Adama Reusnera. Ale dopiero niedawno udało się ustalić, skąd pochodzi tekst tytułowego chóru „Gottes Zeit ist die allerbeste Zeit” („Boży czas to czas najlepszy”) – mianowicie ze Stu ewangelicznych rozmyślań o śmierci śląskiego teologa Davida von Schweinitza – a tym samym odkryć pierwotne źródło skromnego Bachowskiego traktatu o rzeczach ostatecznych, opowiedzianego głosami czworga solistów, chóru, dwóch fletów, dwóch gamb i basso continuo.

W podobnym czasie, najprawdopodobniej w 1707 roku, powstała kantata Nach dir, Herr, verlanget mich BWV 150 („Do Ciebie, Panie, duszę moją wznoszę”) – pod pewnymi względami jeszcze osobliwsza, z uwagi na wyeksponowaną rolę chóru, występującego aż w czterech z siedmiu części utworu (znów warto zwrócić uwagę na odwołania do „starego stylu”, między innymi wykorzystanie niezwykle ekspresyjnej, wyrażającej ból i cierpienie figury saltus duriusculus, zarówno w pierwszym chórze, jak i w poprzedzającej go sinfonii); arię „Zedern müssen von den Winden oft viel Ungemach empfinden”, jeden z nielicznych przykładów tria wokalnego w całej twórczości Bacha (w tym przypadku alt, tenor i bas); oraz inwersję materiału muzycznego z dwóch pierwszych części w zamykającej utwór ciacconie – dźwiękowej metaforze przejścia od smutku do radości, zapożyczonej później przez Brahmsa w finale jego IV Symfonii. Do tej pory nie udało się ustalić miejsca powstania kantaty (w grę wchodzą Arnstadt albo Mühlhausen) ani jej przeznaczenia, choć analiza tekstu, łączącego fragmenty psalmów z anonimową poezją, sugeruje nabożeństwo pokutne.

Wnętrze Blasiikirche w Mühlhausen. Fot. Michael Sander

Pokutny charakter ma również kantata Aus der Tiefen rufe ich, Herr, zu dir BWV 131 – jeśli wierzyć notatce z zachowanego autografu, zamówiona przez Georga Christiana Eilmara, pastora Kościoła Mariackiego w Mühlhausen. W utworze, przeznaczonym na dwóch solistów (tenor i bas), chór oraz zespół instrumentalny złożony z oboju, fagotu, skrzypiec, dwóch altówek i basso continuo, wykorzystano tekst Psalmu 130 („Z głębokości wołam do Ciebie, Panie”), skompilowany z luterańskim chorałem Bartholomäusa Ringwaldta. Niewykluczone, że kantata BWV 131 powstała wkrótce po przyjeździe Bacha do Mühlhausen, trudno ją jednak powiązać z konkretną datą w kalendarzu liturgicznym. Zdaniem niektórych badaczy mogła być przeznaczona na specjalną okazję, na przykład któreś z nabożeństw pokutnych po wielkim pożarze miasta w maju 1707 roku.

Z Mühlhausen wiąże się także kantata Christ lag in Todesbanden BWV 4, którą część muzykologów uważa za tożsamą z utworem przedstawionym przez Bacha w Wielkanoc 1707 roku w kościele Divi Blasii, w ramach aplikacji na stanowisko tamtejszego organisty. „Legł Chrystus w śmierci pętach” jest kantatą chorałową, skomponowaną w całości do tekstu Lutra – swobodnej adaptacji łacińskiej sekwencji Victimae paschali laudes – w technice wariacji per omnes versus, czyli obejmujących wszystkie strofy po kolei, z melodią pieśni zachowaną w cantus firmus. Na tle pozostałych wczesnych kantat Bacha BWV 4 sprawia wrażenie wręcz „starodawnej”, a przecież nie stroni od typowo barokowego malarstwa dźwiękowego i wyrazistych figur retorycznych. Kompozytor musiał mieć do niej szczególny sentyment, skoro po latach wykorzystał ją kilkakrotnie w Lipsku, w nowej wersji, z dodatkowym instrumentalnym „chórem” dublującym głosy wokalne, złożonym z cynku i trzech puzonów.

Sébastien Daucé. Fot. Marco Borggreve

Tych wczesnych Bachowskich kantat, jak sugerują najnowsze odkrycia, pisanych przez dwudziestodwulatka, zachowało się w sumie niespełna dziesięć. Więcej zapewne się nie odnajdzie, choćbyśmy oddali za nie wszystkie pozostałe kantaty kościelne. Zresztą nie warto niczego oddawać. Na każdym etapie życia Bach tworzył odrębne arcydzieła.