Najlepsze dziewczę pod słońcem
„Będę ci przyjacielem, a ty zadbasz o moją bieliznę” – te słowa, wypowiedziane przez pana B. do nadobnej i niewinnej służącej na początku słynnego dzieła Samuela Richardsona, rozpalają wyobraźnię odbiorców od niemal trzystu lat. Pamela, czyli cnota nagrodzona ukazała się w 1740 roku. Richardson, tworząc swą debiutancką powieść epistolarną, uznawaną dziś za pierwszą dojrzałą powieść w literaturze angielskiej, okazał się także prekursorem XVIII-wiecznych conduct books – swoistych przewodników po meandrach ówczesnych norm społecznych. Wyjątkowość Pameli polegała jednak na nie tylko na mistrzostwie warsztatu pisarskiego, lecz i brawurowej grze kontrastów: zderzeniu cnoty z wyuzdaniem, ideału z tym, co rzeczywiste, pobożności z pierwotnym instynktem. Książka Richardsona stała się pierwszym bestsellerem w dzisiejszym tego słowa rozumieniu, czytanym z wypiekami na twarzy przez pokojówki i jaśniepaństwo, w równej mierze zachwalanym z ambony, jak oskarżanym o zawoalowaną pornografię. Sądząc z przytoczonego wyżej cytatu, nie bez racji. Kilka stron dalej Pamela, słysząc podejrzane odgłosy dobiegające z szafy, wpierw się rozbierze, zanim otworzy drzwiczki, przez które wypadnie jej chlebodawca, odziany tylko w jedwabny szlafrok. Cnotę zachowa jednak aż do ślubu z panem B., co zdaniem jednych należało uznać za dowód jej szczególnych przymiotów, zdaniem innych – wyjątkowych zdolności manipulatorskich w dążeniu do upragnionego celu, czyli awansu społecznego przez małżeństwo z partnerem o nieporównanie wyższym statusie.
Popularność Pameli przeszła wszelkie wyobrażenie. Powieść rozchodziła się w setkach egzemplarzy po całej Europie, w 1742 roku dotarła do Ameryki, opublikowana w oficynie Benjamina Franklina, jednego z późniejszych ojców założycieli Stanów Zjednoczonych. Dostarczyła natchnienia malarzom. Zapoczątkowała modę na opisane w powieści stroje i związane z nią „gadżety”. Stała się przedmiotem licznych naśladownictw i adaptacji – wśród nich komedii La Pamela, o sia La virtù premiata z 1750 roku, w której Carlo Goldoni przeniósł akcję do Wenecji i uczynił tytułową bohaterkę nierozpoznaną córką szkockiego arystokraty. Później, pod pseudonimem Polisseno Fegejo, przerobił swą sztukę na libretto La Cecchina, o sia La buona figliuola, w którym pokojówka zmieniła się w ogrodniczkę Cecchinę, zaginioną latorośl pułkownika pruskich kirasjerów. Po libretto Goldoniego sięgnęli między innymi Egidio Duni i Salvatore Perillo, ich opery spotkały się jednak w Italii z dość chłodnym przyjęciem.
Ana Maria Labin (Markiza Lucinda), Francesca Aspromonte (Cecchina) i Krystian Adam (Markiz della Conchiglia). Fot. Clarissa Lapolla
Tekst trafił na równego mu talentem kompozytora dopiero w osobie Niccolò Piccinniego, trzydziestodwuletniego poddanego Królestwa Neapolu rodem z Bari. La Cecchina, wystawiona w 1760 roku w rzymskim Teatro delle Dame, była piętnastą operą Piccinniego, która zarazem okazała się punktem zwrotnym w jego karierze. Wpierw utorowała mu drogę na wszystkie ważniejsze sceny w Italii, porem ruszyła na podbój Europy. W 1765 trafiła do Warszawy, gdzie niespełna dwadzieścia lat później odniosła oszałamiający sukces w polskiej adaptacji Wojciecha Bogusławskiego (Czekina, albo cnotliwa panienka), w której pruski kirasjer rozpoczyna swą arię z II aktu słowami „Mit die trąby, mit gitary, mit tambury, mit fujary”. W latach siedemdziesiątych dotarła ponoć do Pekinu, zainscenizowana na dworze cesarskim przez trupę włoskich jezuitów.
Sto lat później Verdi, który już wówczas przymierzał się do Falstaffa, nazwał Cecchinę „pierwszą prawdziwą operą komiczną”, bez której nie powstałyby arcydzieła Mozarta i Rossiniego. Wśród większości dzisiejszych melomanów nazwisko Piccinni nie wywołuje jednak żadnych dźwiękowych skojarzeń. Jeśli już, to historyczne, związane z jego przyjazdem do Paryża w 1776 roku, kiedy kompozytor został wciągnięty w jedną z pierwszych odsłon „wojny gluckistów z piccinnistami” – konfliktu orędowników zreformowanej opery francuskiej ze zwolennikami opery włoskiej. Rozmiłowani w kłótniach paryżanie, nie bacząc na wzajemny szacunek obu twórców, którzy nie chcieli ze sobą rywalizować, rozpętali kilkuletnią wojnę estetyczną, przeradzającą się nieraz w walkę na pięści. Ścierali się gdzie popadło: na ulicach, w kawiarniach, w domach prywatnych, teatrach i szkołach. Spór tlił się jeszcze po powrocie Glucka do Wiednia w roku 1780. W fazie schyłkowej przybrał dość groteskową postać wojny piccinnistów ze zwolennikami Antonia Sacchiniego, nowego przybysza z Włoch, który z kolejnego przedstawiciela szkoły neapolitańskiej przeistoczył się z czasem w umiarkowanego naśladowcę Glucka.
A potem wszystko ucichło. La Cecchina znikła ze scen tuż po śmierci Piccinniego w 1800 roku – wraz z ponad setką innych jego oper. Przez następne dwa wieki wystawiano ją sporadycznie, przede wszystkim we Włoszech. W 1928 roku doczekała się inscenizacji w Bari – z okazji dwusetnej rocznicy urodzin kompozytora. Wróciła do rodzinnego miasta kompozytora prawie sto lat później, w styczniu 2026: w ramach przygotowań do kolejnego jubileuszu.
Francesca Benitez (Armidoro). Fot. Clarissa Lapolla
Takiej okazji nie mogłam przegapić. Wybrałam się do stolicy Apulii nie tylko ze względu na sam utwór, ale i pieczołowicie dobraną obsadę solową oraz dyrygenta w osobie Stefana Montanaro, od prawie trzech lat dyrektora muzycznego Teatro Petruzzelli. Byłam też ciekawa, jak z tym rarytasem poradzi sobie debiutujący w operze Daniele Luchetti, włoski aktor, scenarzysta i reżyser filmowy, znany również polskim kinomanom, między innymi z kameralnego dramatu Lacci, zaprezentowanego na otwarcie festiwalu w Wenecji w 2020 roku.
Otóż poradził sobie wręcz brawurowo, tworząc spektakl nieodparcie zabawny, a przy tym podejmujący inteligentny dialog zarówno z konwencją epoki, jak i dorobkiem najwybitniejszych speców od inscenizacji oper przedromantycznych, by wspomnieć choćby nazwiska Jean-Pierre’a Ponnelle’a i jego asystenta Jean-Louisa Martinoty’ego. Z pozoru dochował wierności wszelkim zawartym w libretcie didaskaliom. W rzeczywistości dowcipnie przełożył je na wrażliwość współczesnego widza, uzupełniając scenerię anachronicznymi rekwizytami bądź aranżując ją sposób przywołujący zgoła niespodziewane skojarzenia. Gromadka służących, którzy mają się zatroszczyć o tężyznę fizyczną kawalera Armidoro, przypomina trupę cyrkowych siłaczy rodem wprost z La Strady Felliniego; Markiz della Conchiglia rusza w pogoń za Cecchiną na paradnej, ozdobionej rokokowymi frędzlami hulajnodze; brawurowy finał I aktu wśród rozwieszonych na sznurach prześcieradeł przypomina o neapolitańskim rodowodzie opery Piccinniego; w wenecki pejzaż adaptacji Goldoniego co rusz wdzierają się elementy najsłynniejszych produkcji Śmierci w Wenecji Brittena. Mimo tych wszystkich „dywersji” inscenizacja Luchettiego pozostaje wzruszającym hołdem dla XVIII-wiecznego teatru: z ulotną grą świateł i cieni, misternie malowanymi wedutami i paludamentami (scenografia Alessandra Camery, pięknie oświetlona przez Marca Filibecka) oraz niebywałej urody kostiumami (Massimo Cantini Parrini), porywającymi lekkością, finezją i paletą barw godną największych mistrzów włoskiego Settecenta.
Równie przekonująco wypadła strona muzyczna spektaklu, przygotowana przez Montanaro z prawdziwym znawstwem dojrzałego stylu buffo i charakterystycznego dlań pomieszania elementów komediowych i sentymentalnych z całkiem poważnymi, niosącymi głębszą refleksję o ludzkiej naturze. Są w tej operze subretki, jest wywiedziona z tradycji commedia dell’arte postać wojaka Tagliaferro, są targani wątpliwościami kochankowie, jest też typowy mezzo carattere w osobie zakochanego w tytułowej bohaterce Markiza. Warto też przypomnieć, że w rzymskiej premierze Cecchiny uczestniczyli wyłącznie mężczyźni – w związku z wciąż obowiązującym edyktem papieża Sykstusa, zabraniającym kobietom występów w teatrach Państwa Kościelnego. W kolejnych przedstawieniach realizowanych za życia Piccinniego śpiewacy pojawiali się w najrozmaitszych konfiguracjach, od obsad mieszanych, w których partie sopranowe i mezzosopranowe śpiewali kastraci ramię w ramię z kobietami, aż po obsady „naturalne” z pojedynczą rolą travesti (Armidoro).
Tym bardziej podziwiam dobór solistów do spektakli w Bari – w obsadzie złożonej bez wyjątku z artystów doświadczonych w podobnym repertuarze i w pełni świadomych historycznego kontekstu pierwszych wykonań Cecchiny. W tytułową postać buona figliuola z powodzeniem wcieliła się Francesca Aspromonte, obdarzona sopranem ciepłym, miękkim i pełnym ekspresji, choć odrobinę matowym w średnicy. W niczym nie ujmując umiejętnościom młodej Włoszki, muszę przyznać, że przedstawienie skradła jej fenomenalna Ana Maria Labin w partii Markizy Lucindy, dysponująca głosem sopranowym o prześlicznej, srebrzystej barwie, doskonale postawionym, wyrównanym w rejestrach i mimo ujmującej delikatności niezwykle nośnym (także w eterycznych piano arii „So che fedel m’adora” z III aktu). Z partiami dwóch żeńskich protagonistek świetnie kontrastował energiczny i soczysty w brzmieniu sopran Frenceski Benitez w spodenkowej roli Armidora. Michela Antenucci i Paola Gardina stworzyły brawurowy duet złośliwych pokojówek Sandriny i Paoluccii, wkładając w swoje partie tyle vis comica, że chwilami pokładałam się ze śmiechu.
Francesca Aspromonte. Fot. Clarissa Lapolla
Tyle samo radości dostarczył mi Krystian Adam w tenorowej roli Markiza della Conchiglia, wymagającej na przemian szczerego liryzmu i wokalnej błazenady. W obu przypadkach sprawił się znakomicie, co zawdzięcza nie tylko urodzie głosu i wyśmienitej technice, ale też celnym pomysłom Luchettiego, który poprowadził jego bohatera długą drogą od słodkiego łajdaka przez zdezorientowanego kiełkującym uczuciem galanta aż po mężczyznę gotowego do prawdziwej miłości. W obsadzie dwóch partii barytonowych – biednego Mengotta, daremnie smalącego cholewki do Cecchiny, oraz pociesznego kirasjera Tagliaferro, który przynosi wieści o jej prawdziwym pochodzeniu – celnie podkreślono kontrast obydwu postaci. Dojrzałe piękno głosu Pietra Spagnolego idealnie korespondowało z charakterem zaprawionego w bojach Tagliaferra, nieco bardziej surowy, choć równie sugestywny baryton Christiana Senna świetnie oddał rozterki nieszczęsnego Mengotta.
Całość – z udziałem zespołu muzyków miejscowej orkiestry – Montanari poprowadził z werwą i uzupełnionym szczyptą rozkosznej dezynwoltury wyczuciem idiomu. Co tym bardziej warte podkreślenia, że dyrygował od instrumentu, na którym także akompaniował solistom w rozbudowanych recytatywach secco. Z recenzenckiego obowiązku wspomnę, że było to jakże stosowne w tych okolicznościach XVIII-wieczne włoskie pianoforte bądź jego kopia – instrument, któremu warto byłoby poświęcić choć kilka słów w książce programowej spektaklu, poza tym przygotowanej bez zarzutu.
Do trzechsetlecia urodzin Piccinniego zostały jeszcze dwa lata. Teatr w Bari dał nam wspaniały przedsmak nadchodzącego jubileuszu swojego krajana. Czas najwyższy zainteresować się jego niesłusznie zapomnianą twórczością i być może przewartościować ją na tle dorobku epoki. Verdi uczynił to już dawno temu i jak zwykle miał rację.


























